czwartek, 31 maja 2012

Majowy wpis...

W tym roku maj upłynął nam pod znakiem ognia, w jego różnych formach. Od razu uspokajam, że nie przybrał on postaci pożaru. Wystąpił jednak wielokrotnie pod postacią grilla i raz pod postacią ogniska harcerskiego. Jeśli chodzi o pierwszą formę to był to nasz tegoroczny patent na majówkę. Tak jak widać na pierwszej fotce głównie chodziło o to, żeby się nie przemęczyć, a żeby było fajnie. Okazuje się, że jedną z podstawowych zasad grillowania jest przyjście na grilla najedzonym. W przeciwnym razie, za nim rozpali się grilla podczas takiej sielanki, łapiesz się na tym, że zmiotłeś już połowę sałatek i że właśnie robisz sobie kromkę chleba z musztardą. Błogie lenistwo przerwał pod koniec dnia niewielki deszcz. Zmusiło nas to do posprzątania całego zamieszania i przeniesienie rzeczy do altanki. Natomiast okazało się, że kiedy pada deszcz to się nie nudzimy, bo od razu powstała gra "traf ringo do małego dmuchanego basenu". Nie brałam udziału, ale z tego co widziałam, to były tam kwalifikacje, finały i brawa dla zwycięzców. Czyli Panowie, okazuje się, że jeżeli się tylko chce , to można odłączyć się od gry w czołgi na laptopach i pograć trochę ze znajomymi off line.
Tym razem Staś nie załapał się na kiełbaskę z grilla. Może uda się w przyszłym roku. Załapał się natomiast na swoje pierwsze ognisko harcerskie i tu płynnie przejdziemy do tematu nr 2. Szczep i drużyna, w której byłam przez blisko 10 lat obchodziły w tym roku 30 - lecie. Cieszę się, że udało nam się tam dotrzeć. Janek mógł się przekonać, że ognisko można rozpalić od jednej zapałki  oraz, że w harcerstwie nie chodzi o przeprowadzanie staruszków przez ulicę i sprzedawanie ciasteczek. Był też strażnik ognia, a w zasadzie dwie strażniczki, piosenki obrzędowe (czyli takie rozpoczynające i kończące ognisko, bez gitary - przypis redakcji) i wspominki. Moi zadaniem było opowiedzenie gawędy. Przygotowywałam się do jej wygłoszenia wcześniej w domu. Opowiadałam ją Stasiowi. Przez większość czasu ostentacyjnie ziewał, by na koniec usnąć.
Nie mniej jednak wieczór, który przywiał harcerskie wspomnienia, uważam za udany.
Zdjęć nie mam, ale dziewczyny, obecnie działające w 122 KDH, mają fotobloga, a tam jest ich już całą masa. FOTOBLOG 122 KDH "WIKLINA"   

Na koniec majowych podsumowań napiszę, że pierwszy raz obchodziłam Dzień Matki w innym kontekście.  Jeszcze raz wszystkiego najlepszego dla wszystkich mam!!! To ciężka robota i należą się wam podziękowania i ogromne bukiety kwiatów. 

A jutro dzień dziecka. Tobie Stasiu też życzę wszystkiego naj, dobrych nocy (to raczej życzenie dla mnie) i ciekawych dni. Rośnij zdrowo i nie martw się, w przyszłym roku też pograsz w rzucanie Frisbee do dmuchanego basenu.

English


May passed by under the sign of fire, in its various forms. Most of the time it was barbecue and once it was scouting fire. As You can see on the first pic, we spend our time in a very relaxing way. It turns out that one of the basic principles of grilling on the barbecue is that You shouldn't be hungry. Otherwise, before someone will even start the fire, You will find Yourself eating bread with mustard. Blissful laziness was interrupted by light rain at the end of the day. It forced us to clean up the mess and move all the things inside. The guys immediately came up with a game, to not be bored. It was called "throw the Frisbee to a little inflated pool". There were qualifications, finals and applause for the winners. So, gentlemen, it turns out, that if you only want, you can disconnect yourself from your laptops and play something off line. 
This time, Stas did not get the sausage from the grill. Well, maybe next year.  
Instead he took part in his first fire scout. Here we smoothly move on to the topic number 2. My scouting team, which I was a member for nearly 10 years, celebrated 30 years of existence. I am glad that we managed to get there. Janek could see on his own, that you can light a fire from one match and that scouting is not about guiding the old man across the street and selling fudge scout cookies.  
There were also fire guardians, ceremonial songs (they start and finish the scouting fire, without the accompaniment of the guitar - editorial note) and memories. My job was to tell the tale during the event. I was preparing it at home, I told it to Stas. Most of the time he was yawning ostentatiously and at the end he just fall asleep.Nevertheless that evening was very nice.I do not have pictures, but the girls have photoblog, and there is already a whole bunch of them. 
122 KDH Photoblog 
This year I celebrated my first Mother's Day in a different context. Once again, all the best to all the moms. And tomorrow we have Children's Day in Poland. All the best Stas. Grow healthy, and don't worry, next year You will be able to also throw Fresbee to a inflated pool.

środa, 25 kwietnia 2012

Gotowi czy nie - oto jestem!

 Łóżeczko z Allegro dostarczono w poniedziałek, a we wtorek Madzia z Bartkiem pomogli nam je złożyć. Generalnie składanie szło całkiem sprawnie, choć w pewnych momentach brakowało tylko melodii z serialu "Sąsiedzi" w tle. W środę rano pomyślałam, że skoro łóżeczko dotarło i stoi gotowe to mogę już ... urodzić. Podświadomość kazała mi wstać o siódmej rano i umyć włosy. Następna szansa na solidny prysznic może się przecież przydarzyć dopiero w okolicach 6 urodzin małego. Jeszcze nie wiedziałam wtedy, że po północy będę już trzymać go w rękach.
...Poród....
Chciałam opisać szczegółowo to wydarzenie, ale parę moich koleżanek jest aktualnie w ciąży i nie chcę ich wystraszyć, tym bardziej, że za późno, żeby się wycofać. W każdym razie Janek nie zemdlał, więc nie było chyba, aż tak źle.
Napisze tylko, że całość w niczym nie przypominała scen jakie znam z filmów. Nikt nie biegał w kółko i nie krzyczał "Podajcie gorącą wodę i ręczniki!!!". Zdążyłam jeszcze spędzić dzień w towarzystwie rodziców. Podczas obiadu robiłam co 10 minut przerwę na skurcz. Janek wrócił z pracy i pojechaliśmy do szpitala dowiedzieć się czy to już TO. Z kolei za nim mnie przyjęli na oddział musiałam wypełnić jakieś papierki. Wygląda to dość śmiesznie, kiedy kobieta, która rodzi, wypełnia formularze, ale cóż jak mus to mus.
No i przyszedł na świat. Głośnym krzykiem w środku nocy oznajmił swoje przybycie. Od tej pory staliśmy się 3 osobową rodziną.
Początki nie są sielankowe jak w reklamie Nivea, ale z każdym tygodniem lepiej się rozumiemy. Wiemy już na przykład co oznacza "łaa łaa łaa", a co "łaaaaaaaa".
W minioną niedzielę minął miesiąc odkąd Staś jest z nami. Z tej okazji wujek Adam z ciocią Marysią wkupili się w łaski przynosząc niesamowite prezenty. Na zdjęciu Staś w Jordanowej czapeczce. Nasza zaprzyjaźniona rodzina ze Stanów przysłała z kolei dwie koszulki - drużyny Baseballowej - Brewers i Footballowej - Badgers. Wszystkie bobasy z okolicy będą zazdrosne.
Na koniec jeszcze parę słów o Stasiu. Jego ulubione zajęcie to obserwowanie przez okno postępów budowy Stadionu Śląskiego. Wybacza również swoim rodzicom błędy, przez co nie czują się jak niewykwalifikowana opieka pielęgnacyjna.

Stasiu witaj na świecie!!!

P.s. 27.03.2012 skończyłam 29 lat. Pamiętam jak w liceum w ramach przedmiotu "Przygotowanie do Życia w Rodzinie" Pani Pawlus zapytała mnie kiedy chcę mieć dziecko. Powiedziałam, że jak będę miała 28 lat. Spojrzała na mnie surowym wzrokiem i powiedziała "No, ale nie później!"
Rzutem na taśmę udało mi się wypełnić obietnicę, rodząc na 5 dni przed 29 urodzinami.

Obchody urodzin zostały przesunięte na kwiecień. Wpadli znajomi z przepysznym tortem i "relaksującym" prezentem. Jeszcze raz wielkie dzięki !!!



English


On Monday we received the baby bed, which we ordered on-line. We put it together with our friends on Tuesday. On Wednesday morning I thought that since everything is arranged, I can ... give birth. My subconscious told me to get up at seven in the morning and wash my hair. The next chance for a solid shower might come, when my son will be 6 year old. I did not know then, that short after midnight, I will already hold him in my hands. 
Labor... I wanted to describe it in details, but a few of my friends are currently pregnant and I do not want to scare them. It is too late for them to quit now. Anyway, Janek did not faint, so perhaps, it wasn't that bad.

The whole thing was nothing like the scenes from the movies. No one was running around shouting "Hot water and towels!". I had lunch with my parents, just taking breaks every 10 minutes for a contraction. Janek came from work and we went to the hospital to make sure this is IT. Before they admit me to the ward I had to fill out some paperwork. It looks pretty funny, when the woman who gives birth, fills out all that forms, but what can You do.

Well finally, he was here. In the middle of the night he announced his arrival with a loud scream.
 

Beginnings are always hard, but every week we understand each other better. I already know, for example, what does "Whaa Whaa Whaa" and what "Whaaaaaaaa" mean. Last Sunday, it's been a month since Stas is with us. On this occasion, Uncle Adam and Aunt Mery brought amazing gifts with them. On the picture You can see Stas in Jordan cap. Our friends from the US sent Stas two awesome T-shirts: Brewers and Badgers one. Thanks again guys!!!
All the babies in the neighborhood will be jealous. Finally a few words about Stas. His favorite thing to do is watching construction of the soccer stadium through the window. He also forgives his parents all their mistakes, so they do not feel like they do not have qualification for the job.


Stas - Welcome to this world!!!

P. S. on the 27th of March 2012 I had my 29 birthday. I remember, when I was in high school, we had a subject called "Preparing for Life in the Family". Mrs Pawlus asked me when I would like to have a baby. I told her, that when I will be 28 years old. She looked at me and said "Ok, but not later."

I fulfilled the promise and gave birth 5 days before my 29th birthday.

Birthday celebrations were postponed until April. Friends came up with a delicious cake and "relaxing" gift. Thanks, the hole thing really means a lot to me!

czwartek, 5 stycznia 2012

No i zaczął się rok 2012

No i zaczął się rok 2012. Myślę, że będzie to na pewno rok pełen wyzwań. Podobno korzystny dla osób kończących 29 lat (!), bo luty w tym roku ma 29 dni. Plan na Sylwestra był taki sam jak co roku czyli ... przetrwać. Jeżeli chcemy, żeby "było fajnie na sylwestra" potrzebna jest sprawdzona ekipa, jakieś miejsce gdzie ktoś za nas zrobi coś do jedzenia, da coś do picia, a potem po wszystkim posprząta. W tym roku padło na Karczmę "Wrazidlok". Kawałek za Gliwicami w stronę Rybnika, a klimat już podhalański. Cóż, benzyna droga, weekend krótki, więc trzeba było znaleźć patent na wypicie lampki szampana przed góralską karczmą po kosztach. Generalnie miejsce nie zawiodło, trudno się było do czegoś przyczepić, choć bardzo się staraliśmy. Może jedynie muzyka nie do końca w naszym klimacie, ale parkiet był i tak przepełniony, więc może to i lepiej. Na zdjęciu widać, że żeńska część naszej ekipy zgromadziła się po jednej stronie stołu, a męska po drugiej. Takie ustawienie ułatwia ploteczki oraz komentarze dotyczące kreacji innych kobiet oraz ułożenia naszego osobistego TOP10 jeśli chodzi o krój sukienki czy dodatki. Z kolei obok cały stolik obchodził 60 urodziny jednego z panów, a do "Sto lat" dołączyła się reszta karczmy. Zostaliśmy nawet poczęstowanie tortem urodzinowym.
O północy organizatorzy postarali się o pokaz fajerwerków na miarę dni Chorzowa (w sensie, że całkiem przyzwoicie). Przy rozmowach o życiu i kilku udanych podrygach na parkiecie zrobiła się nagle 4 rano i przenieśliśmy się do Mery i Damsa. Kto zna ten wie, że z imprez najbardziej lubię śniadania. W zasadzie jeśli o mnie chodzi, można by pominąć całą resztę i skupić się tylko na tym. Siedzimy wtedy jak wielka rodzina przy stole i pałaszujemy jajeczniczki, parówki czy kanapki ze świeżego chleba. Mmmm, aż się rozmarzyłam. Tym razem było coś specjalnego. Madzia zrobiła regenerujący żurek z kiełbasą i jajkiem. Pasował zarówno na zmęczone żołądki, jak i na porę, o której go jedliśmy. Potem już tylko zostało odhaczyć noworoczną grę na Play Station (tak jak w Bestwince na Sylwestrze dwa lata temu) i mogliśmy rozjechać się do domów, żeby z czystym sumieniem przespać resztę pierwszego dnia roku. Cieszę się, że udało się spędzić ten wieczór z ludźmi, z którymi nawet impreza w Warsie byłaby super. Jeszcze raz wielkie dzięki i trzymam kciuki, żeby ten rok był dla wszystkich udany i spełniło się przynajmniej jedno ważne życzenie.

p.s. Wszystkiego najlepszego dla Cebulki, która ma dzisiaj 29 urodziny - to będzie również Twój rok:)

English

Well, the 2012 has started. I think it will be definitely a year full of challenges. It suppose to be good for people, who is going to celebrate their 29 birthday (!), since February has 29 days this year. The plan for the New Year's Eve was the same as every year ... to survive it somehow. If You want to "have fun on the New Year's Eve" you just need Your friends and a place where someone will prepare something to eat and drink for you and then clean up after everything. This year we chose the restaurant called "Wrazidlok" (first pic). It is not far from where we live, but looks like the house in mountains. Well, gas is so expensive and the weekend was too short to actually go to mountains. Generally, the place did not disappoint us. Although it was not our kind of music, the rest of the guests had fun and the dance floor was crowded all the time. In the picture you can see that the female part of our team gathered on one side of the table, and the men on the other. This way makes it easy to gossip and comment on the other women's look, dresses and accessories. A guy sitting at the table next to us, was celebrating his 60th birthday. Everyone in the hole restaurant joined, when they started to sing "Happy Birthday". We even got a piece of birthday cake.
At midnight, the organizers prepared nice firework show.
We t
alked about life and dance a little bit till 4 in the morning and then we moved to Mery and Damian's apartment.
In the morning we had nice breakfast, which is usually my favorite part of a good party. In fact, if you ask me, I could skip the rest and just focus on that. I like how we sit together, like a big family at the table and enjoy scrambled eggs, sausages or sandwiches. Mmmm delicious. This time there was something special. Madzia prepared the sour barley soup with sausages and eggs. It was perfect for our poor stomachs and just on time (we woke up kind of late). After the breakfast, guys, like they did 2 years ago, played Play Station games. After that, we went home just to sleep through the rest of the first day of the year. I'm glad, I was able to spend this New Year's Eve with awesome people. Thanks again and I will keep my fingers crossed for You all, so this year will be a successful one and at least one of the important wishes will come true.

p.s. Happy Birthday to Ania, who has her 29th Birthday today - it is going to be also Your year:)

niedziela, 11 grudnia 2011

Po prostu Praga

Listopad minął pod znakiem brak wpisu na blogu, a przecież byliśmy...w Pradze. Bardzo lubię to miasto, ale trzeba przyznać, że jest strasznie drogie. Naszym patentem na to cenowe przegięcie był Groupon. Zawsze jest to dodatkowa dawka adrenaliny czy wszystko będzie ok. Być może inaczej wyobrażaliśmy sobie pater owoców, który okazał się być kilkoma winogronami i dwoma małymi jabłkami (ja oczami wyobraźni widziałam już truskawki w czekoladzie), ale za to reszta bez zastrzeżeń. Hotel bardzo ładny i czysty, a kolacja 3-daniowa (ciągle w ramach kuponu) przepyszna. W piątek wieczorem wybraliśmy się na most Karola. Może nie było tak mgliście i tajemniczo jak 3 lata temu, ale w dalszym ciągu magicznie. Wyciągnęliśmy Madzię i Bartka na Mojito, które piliśmy w meksykańskiej restauracji "Cantina", gdy byliśmy pierwszy raz w Pradze, czyli generalnie wspomnień czar. Późnym wieczorem dołączyli do nas Marysia z Damianem, Agata z Niedźwiedziem i Aldona z Przemkiem. Integracja całej ekipy przebiegła dość szybko i radośnie, co zaowocowało paroma telefonami z recepcji. Obyło się jednak bez strat w ludziach czy w sprzęcie. Z resztą z naszych obserwacji wynikało, że oprócz nas w hotelu przebywali w większości Polacy, w ramach Grouponu, w związku z tym nie zszargaliśmy znacznie naszego wizerunku za granicą. Sobota minęła nam pod znakiem spacerów po starym mieście. Podzieliliśmy się na dwie grupy wycieczkowe i zwiedziliśmy zamek, klasztorny browar czy złote uliczki. Naszej uwadze nie umknął również sklepik z zabawkami, które pamiętaliśmy z dzieciństwa i wszystkimi bohaterami czeskich bajek z Krecikiem na czele. Wieczorem, już w komplecie, spotkaliśmy się na pyszne jedzonko na rynku, by potem odwiedzić gwóźdź programu - muzeum seksu. No cóż, jest to na pewno interesujące miejsce, a eksponaty potrafią zaskoczyć. Osobiście najbardziej podobało mi się krzesło przy wyjściu , które oceniało temperament każdego, kto na nim usiadł. Wprawdzie spodziewałam się, że mam trochę bardziej gorący charakter, ale zwalam wszystko na przemarznięte po całodniowym spacerze pośladki.
W niedzielę zwiedzaliśmy praskie getto żydowskie.
Przed wyjazdem ostatni oddech atmosferą miasta na jego rynku i do domu. Jeszcze raz dzięki Marysi i Damsowi, za to że udało im się zmotywować tak dużą ekipę do wyjazdu i wszystkim za super weekend.

English

In November we went to Prague and I did not mentioned it on the blog yet. Shame on me. I really like this city, but I must admit that it is terribly expensive. Luckily we had some coupons, which made it cheaper. It is always an additional dose of adrenaline, if they will work, but everything went perfect, although I had a different expectations regarding the welcome fruit plate. I imagine myself, strawberries in chocolate or something luxury instead of those two little apples and 5 grapes, but well, nobodies perfect. The Hotel was very nice and clean, and 3-course dinner (also included in the coupon) was delicious. On Friday evening we went to the Charles Bridge. Maybe it was not so vaguely and mysteriously as 3 years ago, but still magical. We drag Madzia and Bartek to the Mexican restaurant, for an awesome Mojito, which we drank, when we were in Prague for the first time. Later in the evening the rest of the group joined us in the hotel. So all together it was 10 of us. The integration of the entire group, went quite quickly and cheerfully, which resulted in a few phone calls from the reception. It seemed like the rest of the hotel's guests also came from Poland, using the same coupons, so at least we were not pain in the ass for Czechs, but only for our people.
On Saturday we took a walk through the old town. We divided into two groups and visited the castle, monastic brewery or golden streets. We also visited the old-school
shop with toys, which we remembered from the childhood and where they sell t-shirts with the Czech cartoons. In the evening we met for a delicious dinner on the market square and then we visited... the Museum of Sex. Well, this is certainly an interesting place. Personally I liked the chair, which assessed the temper of everyone, who sat on it. Well, I had thought that I'm more hot, than it said, but I blame my butt, which was kind of frozen after a day-long walk.
On Sunday we visited Prague's Jewish ghetto.
Before leaving the city, we took our last breath of the Prague's atmosphere and then we went home. Thanks again to Mary and Dams for motivating us to go for this trip and to anyone else for awesome weekend.

niedziela, 16 października 2011

Jesienne wspominki

Za oknem złota polska jesień. Idealny moment, żeby wrzucić zaległe fotki z istotnych wakacyjnych wydarzeń i jesiennych imprez. Końcówka lata zaowocowała ślubami Oli i Adama, Agi i Macieja, a wrzesień Anety i Sebastiana. Na zdjęciach widać szczęśliwe Panny Młode i przejętych Panów Młodych. Wszystkim jeszcze raz wszystkiego naj na tej niezwykłej drodze życia. Nie martwcie się w dwójkę zawsze raźniej. Fotki zerżnięte z facebooka, bo nie wszędzie mogłam być, ale mam nadzieje, że nie zablokujecie z tego powodu mojego bloga. Po za tym mój telefon raczej nie zrobiłby takiej fotki jak ta w wodzie.
Do ciekawych imprez, na które mimo wszystko dotarłam, zdecydowanie mogę zaliczyć urodziny pewnej 6 latki. Nie ma to jak demolka pokoju, tort z barbie w środku (zdjęcie tortu oczywiście przekrzywione) i tańce hulanki swawole. Takie atrakcje to później już tylko podobno w liceum lub na wieczorach kawalerskich (szczególnie jeśli chodzi o kobietę wystającą z tortu).
W ramach powiedzenia "Cudze chwalicie swego nie znacie" wybraliśmy się z Jankiem pewnego pięknego sobotniego popołudnia do skansenu, na "Dzień Pieczonego Kartofla". Skansen znajduje się ok 1 km od naszego domu, ale ja ostatni raz byłam tam w podstawówce, a Janek nigdy. Niestety, okazało się, że moja orientacja w czasie jest porównywalna do mojej orientacji w przestrzeni i że impreza jest dopiero następnego dnia. Obsługa skansenu nie pozwoliła nam jednak opuścić skansen z pustymi brzuchami. Upiekli dla nas ziemniaki w ognisku, przyjechało również kilku strażaków, doszło paru innych zwiedzających i w kameralnej atmosferze zrobiliśmy mały before party. Na zdjęciu ognisko, jabłka, które chwilę później również zostały smakowicie upieczone, a w tle czerwony wóz strażaków. Wszystkim tym, którzy w ekspresowy sposób chcą się przenieść w sielskie wiejskie klimaty, polecam spacer między chałupami.
Z kolei w ramach szukania Pani Jesieni w górach, zdobyliśmy szczyt Równicy. Okazuje się, że człowiek nagle zyskuje wiekszy szacunek do tej niepozornej górki, gdy musi się tam wdrapać, zamiast wjechać asfaltową drogą. Niestety wyjazd do Ustronia przypłaciliśmy przeziębieniem. Janek leczył się lekami, a ja jako grupa kontrolna mlekiem i miodem. Jankowi przeszło po 7 dniach, mnie po tygodniu.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Dokładnie rok temu...

Dzisiaj mija pierwsza rocznica naszego ślubu. W zeszłym roku o tej porze bawiliśmy się na najbardziej przez nas wyczekiwanej imprezie. Z tej okazji życzę mojemu ukochanemu mężowi Jankowi, żeby nigdy się ze mną nie nudził i żebyśmy zawsze byli razem szczęśliwi. Wszystkim, którzy złożyli nam piękne życzenia baaaaardzo dziękujemy i zamieszczamy film, który w najlepszym skrócie przypomina jak to było owego 15 sierpnia 2010 roku:)




Today we celebrate our first anniversary. Last year we had fun on the best party we ever been on. I would like to wish my beloved husband Janek, so he will never be bored with me and we will be always happy together. To all who wished us all the best today - thank you sooooo much for those wonderful wishes:) Let me put here a movie, which is the best way to remind everyone what 15 August 2010 was like...

piątek, 22 lipca 2011

Starbacks w Zurychu, Winda do Nieba i Olga na Płótnie

Pod koniec czerwca miałam przyjemność po raz kolejny zawitać do Zurychu. Mimo, że byłam tam już parę razy, nie potrafiłabym nikomu poradzić co powinien zobaczyć i co zwiedzić. Nigdy jakoś nie mam ani czasu, ani weny na zwiedzanie. Zahaczam o Starbucksa, żeby kupić nowe kubki i zrobić sobie pod nim zdjęcie, a także o jakąś restaurację (najczęściej nie mającą nic wspólnego z kuchnią szwajcarską). Tak było i tym razem.
Głównym celem wyjazdu był kongres neurorehabilitacyjny INRS2011, gdzie co dwa lata podłapuję nowinki w świecie robotów do rehabilitacji.
Na miejsce dotarliśmy samochodem. Odkąd opanowałam sztukę teleportacji (podobno zasypiam zanim jeszcze zamkną się drzwi samochodu) podróż mija mi zawsze bardzo szybko. Starałam się od czasu do czasu wspierać błyskotliwą rozmową kierowcę, ale moje zbyt długie monologi mają raczej działanie usypiające. Ja osobiście nie nadaję się na kierowcę długodystansowego (na krótko raczej też nie), więc w spokoju mogłam oddać się mojej ulubionej fazie REM. Do hotelu dotarliśmy w środku nocy. Hotel mogę spokojnie polecić wszystkim , którzy wybierają się do Zurychu, a nie mają zamiaru zostawić tam wszystkich swoich oszczędności. Nazywa się Arte i znajduje się na obrzeżach miasta.
W ramach kongresu oprócz wykładów i warsztatów przygotowano również, krótką pieszą wycieczkę (na której zrobiłam to zdjęcie poniżej - ta niebieska plama to jezioro Zurych) i obiad na miejskim kąpielisku w ramach tzw. "Social Event". W ramach tego spotkania organizatorzy przygotowali również ... zawody sprawnościowe, m.in. noszenie jajka na łyżce i wody we wiadrze na głowie. Okazuje się , że Szwajcarzy nie są tacy drętwi za jakich ich mam. W ramach naszych wewnętrznych polskich social eventów wieczornych , znaleźliśmy znakomitą rodzinną włoską restaurację. Wracaliśmy tam każdego wieczora, a właściciel witał nas codziennie jak dawno niewidzianą familię. Staraliśmy się nie być dłużni. Z serwetek z restauracji nauczyliśmy się kilku włoskich słówek i za każdym razem żegnaliśmy go innymi włoskimi zwrotami.
Mimo, że jestem, kiepskim kierowcą, starałam się trochę jeździć wieczorami, żeby chłopcy mogli się napić zimnego szwajcarskiego piwka. Raz nawet zatrzymała mnie policja o 12.00 w nocy na rutynową kontrolę i zaczęła wypytywać po niemiecku co robimy w Szwajcarii i dokąd jedziemy. Pani z niemieckiego zawsze mówiła, że mamy wiedzieć pewne rzeczy nawet jak nas obudzą w środku nocy. No więc wykrzesałam z siebie najwyższą formę zdania "Wir... sind hier... auf die rehabilitation... Kongress"ufff, nawet nie wiem czy to dobrze, ale puścili nas dalej.
Generalnie wyjazd zaliczam do bardzo udanych.
Z innych nowości: Jolanta wyszła za mąż, a mała Olga Wieczorek ma już rok. Na ślubie nie mogło zabraknąć reprezentacji Technomexu. Muszę przyznać , że była to jedna ze śmieszniejszych mszy na jakiej byłam. Ksiądz Gwiazdor, co jakiś czas cytował teksy z reklam, a w ramach kazania zaśpiewał m.in. "Windą do Nieba" (nie wiem czy zdawał sobie sprawę z właściwego znaczenia słów w tej piosence) Do tego co jakiś czas przypominał o tym, że ma doktorat, a za nim stoi inny ksiądz, który jest profesorem. Ksiądz profesor był mistrzem drugiego planu i starał się nie przerywać monologów Doktora, który z kolei na koniec stwierdził, że Jola chciała uciec w połowie mszy. W każdym razie Państwo Młodzi wyglądali przepięknie, a kościół był super przystrojony. Mi i Oli aż się łezka w oku pojawiła, że nasze śluby były już rok temu.
Mała Olga też urodziła się już rok temu, ach jak ten czas leci. Z tej okazji postanowiłam zrobić małej Oldze prezent. Szczerze mówiąc nie liczyłam na to, że zainteresuje się nim od razu, ale, że może za kilka lat doceni swoją pamiątkę pierwszych urodzin od cioci Sikorki. Okazało się, że trochę wzbudziłam ciekawość Olgi, bo przyglądała się mojemu dziełu i pokazywała to na oko , to na nos. (chyba miała na myśli "Ciotka, ten nos zupełnie nie podobny, a oczy mam jeszcze bardziej zalotne") No nic, wam też dam do oceny moje dzieło roku (bo zdarza mi się malować z częstotliwością raz na rok) I serię pt. "How was it made?"


English

In June I had a pleasure to visit Zurich again. Although I was there already few times before, I would not be able to advise anyone, what to see and what exactly to visit. Somehow I never had time or the inspiration to explore it better. I always go to Starbucks to buy new cups and take a picture next to it and then I eat in a restaurant (most often, which has nothing to do with the Swiss kitchen). I also repeated that scenario this time.
The main purpose of the trip was the neurorehabilitation Congress INRS2011. Every two years I try to catch up the news regarding the rehabilitation robots.
We took a car to get there. Ever since I mastered the art of teleportation (I fall asleep before they lock the car door) the travel for me passes very quickly. I tried from time to time to assist the driver with my brilliant conversation, but my monologues are
too long, so they have rather soporific effect. I am personally not a very good long-distance driver (also not a short-distance one), so I was able to dive into my favorite REM phase during the hole trip. We arrived to the hotel is in the middle of the night. I can easily recommend it to all, who choose to travel to Zurich, and do not intend to leave all their savings there. It's called Arte, and is located outside of the city.
In addition to lectures and workshops, there was also a short hike included as a part of the congress (during which I took this picture below - this blue spot is Lake Zurich)
After it, the
"Social Event" dinner took place on the town swimming pool. As part of this meeting, the organizers have also prepared ... fitness competitions, including exercises like "an egg on a spoon" and "water in a bucket on your head". As part of our internal Polish social events in the evenings, we found a great Italian restaurant. We ate there every evening, and the owner greeted us always like a long ago not seen family. We also tried to make his day. We learned few Italian words from the napkins from the restaurant and every time we said goodbye with different Italian phrases.
Although I am a lousy driver, I tried to give a ride to the guys in the evenings, so they could enjoy a cold Swiss beer.
Once the policeman stopped me at 12.00 at night on a routine check up and he began to question me, what are we doing in Switzerland and where are we were going to. My German teacher used to always, that we should know certain things in German, even if we
are waken up in the middle of the night. So I cough out "Wir sind hier ... auf die rehabilitation... Kongress" Well, I do not know if it was any good, but they let us go. Overall, the trip was very successful.
Other news: Jolanta got married, and little Olga Wieczorek is a 1 year old now. Nice Technomex representation showed up at the wedding. I must admit that it was one of the funniest Mass, which I participated in. The priest quoted the texts from the advertisements and he sang the songs during the homily. From time to time he was reminding that has a doctorate, and behind him another priest is standing, who is actually a professor. Professor Priest was a master of the second plan and tried not to interrupt the Doctor's monologues, who said btw at the end that Jola wanted to escape in the middle of the mass. Anyway they both looked beautiful and the church was very nice decorated. Me and Ola were reminding ourselves, that our wedding was already a year ago.
Little Olga was born a year ago as well, oh how time flies. On this occasion I decided to do a small gift for Olga. Frankly I expected, that she will not be interested in it right away, but maybe in a few years she will appreciate this nice gift, from her aunt. It turned out that, she was a little bit curios of it already. She looked at my work and point out the eye, a the nose. (she probably meant, "The nose is not quite similar, and my eyes are more flirtatious") Well, I also put the picture here , for everyone to see, with pics "How was it made?"
(see above)

czwartek, 5 maja 2011

Duuużo skał, chińczyk i śnieg...Majówka 2011

Dawno już nie byłam na tak udanym wyjeździe. Po eskapadach w stylu "pupeczka z samochodu do hotelu" powoli przestawałam wierzyć, że znowu pojadę w góry.
Na szczęście "Tam gdzie byłych harcerek dwie, tam szansa na Góry i Kudowę".
Już w piątek wyruszyłyśmy z Marysią samochodem, zaraz po pracy, żeby wcześniej odebrać klucze do naszych pokoi.
(miejsce na reklamę : www.linda-kudowa.pl, 35 zł za noc).
Podstawowa zasada dwóch kobiet jadących autem to sprawić żeby podróż się nie dłużyła.
Zaczęłyśmy, więc klachać w Gliwicach i skończyłyśmy na granicy z Czechami, bo okazało się, że przegadałyśmy zakręt do Kudowej.
Patrol tropiący dojechał w nocy, a samotny jeździec na motorze Damian, następnego dnia.
W sobotę udało nam się zaliczyć "Błędne Skały" i już w pełnym składzie "Szczeliniec".
W niektórych miejscach trzeba przecisnąć się wąskimi przesmykami, więc nie polecam białych strojów lub rozłożystych sukien balowych ( suknie ślubne na pewno odpadają). Na zdjęciu my w szczelinie i jakiś Pan na końcu - tzw. mistrz piątego planu.
Kto żywi się wyłącznie fastfoodem, niestety utyka na pierwszej skalnej bramce.
W niedzielę wyruszyliśmy do skalnego miasta w Czechach.
Teplickie i Adrszpaskie Skały, są niesamowite. Te pierwsze, są teoretycznie mniej spektakularne, ale za to bardziej urokliwe. Te drugie, niby bardziej komercyjne, ale zaskakujące widokami, jak choćby tego lazurowego jeziorka ze zdjęciu.
Dość interesujące były nazwy skał np. "jeż na żabie" czy "ręka trzymająca loda". Nasi zachodnio-południowi sąsiedzi spod znaku knedlików, mają naprawdę ułańską fantazję. My również nazywałyśmy skały i do tego po czesku. I tak nasza wersja jednej z formacji to: "Oprzyrządowana glista" ponieważ skała przypominała, nam studentkom fizjoterapii, tasiemca uzbrojonego.
Na moją szczególną uwagę zasłużyła również "Dolina Anny". W poniedziałek żeńska część wycieczki wybrała się na "Grzyby" (skalne oczywiście), a męska na pizzę z grzybami.
Popołudniu przypadkiem trafiliśmy do kaplicy czaszek. Na ścianach niewielkiego pomieszczenia znajduje się około 3000 czaszek i ludzkich kości, a w krypcie pod kaplicą kolejne 20-30 tysięcy. Generalnie da się odczuć powagę tego miejsca, a po plecach przebiega dreszcz niepokoju.

Kudowa, jak na uzdrowisko przystało, ma do zaoferowania również wody mineralne. Po pierwsze trzeba mieć pełną świadomość, że piję się wodę leczniczą, inaczej mamy wrażenie, że woda z jednego z dwóch źródeł, to kranówa z przerdzewiałych rur. Wieczór upłynął nam na biciu rekordów w grze w sześcioosobowego ... Chińczyka. Był to swoisty maraton, ja odpadłam (lub raczej padłam) o 1.00 , zwyciężyła Marysia (około 2.00).
Ostatniego dnia rano dostałam sms-a następującej treści "Idziemy na narty?". Odsunęłam zasłony, a tam 1 stycznia. Dzięki temu ostatniemu podrygowi Pani Zimy wracaliśmy do domu 7 godzin. Nie omieszkaliśmy podzielić się tą wiadomością oraz aktualną sytuacją na drogach województwa dolnośląskiego ze słuchaczami radia Wrocław. Na antenie pozdrowiliśmy "Damiana i Marysię z samochodu przed nami". Prowadzący pogratulował nam dobrego nastroju mimo tych niesprzyjających warunków atmosferycznych. Po kolejnych komunikatach radiowych i po krótkim rozeznaniu sytuacji przed nami, postanowiliśmy zawrócić i ruszyć inną drogą. Jak to mówią: Lepiej długo jechać przez Czechy, niż długo stać w Polsce (przysłowie własne, mało patriotyczne). I tak krętymi górskimi drogami dotarliśmy do domu. Jedynie Damian musiał wracać po swój motor kilka dni później...
Podsumowując, skały, skałki, skałeczki, słońce i dobrzy znajomi to całkiem dobry przepis na udaną majówkę.