poniedziałek, 21 września 2009

Za oknem jesień, a na blogu ciepło...

Kolejny sprawny komputer, to już na szczęście mój własny. Jest kilka rzeczy w życiu, które są pewne, m.in. podatki i serwis Sony;) Dołożyli nawet szmatkę do wycierania gratis, bo pewnie byli załamani opalcowanym monitorem. Będąc, więc wreszcie w jego posiadaniu mogę dokończyć swoją egipską historię. Za oknem zimno, więc troszkę tu nagrzejemy.
Za nim to jednak zrobię muszę przyznać, że mój brat rzeczywiście ma talent (kto by pomyślał). Ostatni wpis świadczy o tym, że gdyby nie to, że akurat w Wisconsin szukali kelnera i ratownika, to skończyłby w Chicago Tribune. Na szczęście ciągle ubarwia mój blog i to za darmo:) Ponieważ w tej chwili jest gdzieś w stanie Illinois, próbując zrealizować liczne zamówienia swojej rodziny na cuda z zza oceanu, ja nadrobię swoje zaległości...
Jak się okazuje, nie samym narzeczeństwem żyje człowiek, ale i...wycieczkami do starożytnych świątyń. Jak już pisałam, Janek najgorsze miał już za sobą (oświadczyny;)), ja natomiast jeszcze nie. O godzinie piątej rano, czekając na autokar pomyślałam, że nie do końca wszystko gra. Na ogół choroba lokomocyjna zaczynała mi się dotąd po wejściu do autokaru, a nie przed... Słynna zemsta faraona nadciągała...Co ja mu u diabła zrobiłam, żeby się tak mścić. No nic, okazuje się, że polskie bakterie nie bardzo lubią się z egipskimi, a potem to już tylko kierujesz się do toalety w linii prostej nie zważając na przeszkody, takie jak stoliki w restauracji czy panią pobierającą haracz przed wejściem. Jednak egipskie klątwy nie zepsuły mi wyjazdu, o nie. Po pierwszej pomocy udzielonej mi przez połowę autokaru, byłam gotowa stawić czoła tym wszystkim strasznie starym budynkom. Zaczęliśmy od świątyni w Karnaku. Z tego co pamiętam, to chodziliśmy dookoła skarabeusza 7 razy, dotykaliśmy kobry w skale i oglądaliśmy obelisk, który przytaszczyła tam Hatszepsut- jedna z czterech Faraonek (wiem,wiem, nie ma takiego słowa);).
W ciągu tego dnia nauczyłam się jeszcze jak robi się papirus i cuda z alabastru, a także jak szybko uciekać przed Egipcjanami, którzy chcą Ci to potem sprzedać. Podczas mojej ucieczki przed souvenirami, nie miałam wsparcia w męskiej części wycieczki. Kierowca dla kawału zamknął mi przed nosem drzwi do autokaru, a Janek...robił mi zdjęcia.
No cóż, kobieta nie ma lekko w Egipcie;)
Kolejnym gwoździem programu była świątynia wspomnianej już wcześniej Pani Faraon (może ta wersja lepsza???) Świątynia opiera się o skaliste wzgórze, a obok mają swoją bazę polscy archeolodzy, którzy skrupulatnie odtwarzają jej mury. Na koniec była jeszcze Dolina Królów, gdzie znajduje się między innymi słynny grobowiec Tutenchamona. Swoją sławę zdobył nie dlatego, że faraon był taki świetny, ale dlatego, że uchowały się tam skarby, które wydobyto na początku XX wieku. Podsumowując...mimo walk toczących się w moim żołądku, to był bardzo udany dzień, tym bardziej, że wieczorem załapałam się nawet na jedną z asystentek... fakira.
Egipt oprócz piasków pustyni i starożytnych świątyń, ma też drugie oblicze. Bardziej mokre, a dokładnie chodzi mi o podwodny świat raf koralowych. Bierzesz maskę, rurkę, płetwy i już jesteś w wśród Nemo i jego ekipy. Najfajniejsza rafa jest ukryta przy plaży w Sharm el Naga. Mały bar, niepozorne parasole z trzciny , a pod wodą ściany korali i mnóstwo gatunków ryb. Przy okazji spróbowałam rozstąpić to piękne morze jak Mojżesz, ale niestety, dziwnym trafem się nie powidoło.
W tak, zwanym międzyczasie pomiędzy jednym a drugim wodowaniem, przejechałam się na wielbłądzie. Nie ma co podchodzić do niego, jak właściciela nie ma w pobliżu. Wielbłąd pokaże Ci, że jakby chciał to odgryzłby Ci rękę. Ot, taki autoalarm. Natomiast pod nadzorem, łagodny jak baranek, z tą różnicą, że gorzej się na niego wsiada. Oprócz czteronożnych stworzeń mogących przetrwać miesiąc bez wody, zaintrygował nas jeszcze jeden obiekt. Jakieś 200 metrów od plaży stał sobie spokojnie...pociąg. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nie było tam torów i, że był wyprodukowany w zakładach kolejowych... w Poznaniu:)

Aż się gorąco zrobiło od tych słonecznych zdjęć, mimo, że mamy pierwszego października i zimno za oknem. W takim razie w ramach orzeźwienia wrzucę fotkę dwóch szambonurków:) Zdecydowaliśmy, że rurka i maska to za mało, potrzeba jeszcze 8 kg żelastwa na pasie, butli z tlenem i wtedy dopiero ryby czują respekt:) Zeszliśmy na głębokość około 8 metrów. Janek to chyba nawet na 8,5 jak widać na zdjęciu;) Zabawa była zarówno pod wodą jak i na statku. Prawie zostałam sprzedana za 60 wielbłądów i statek, Egipskie chłopaki popisywały się przede mną robiąc piramidę na dziobie, a kapitan próbował ich z tego dziobu strącić. Ot takie egipskie zabawy.
Ach, miło było powspominać. Coś mi się wydaje, że przy takiej pogodzie jaką mamy za oknem to będę często wracać do tych fotek.
Co jednak ważniejsze, Adaś wraca jutro z USA i myślę, że dopiero on będzie miał o czym pisać. Rzeczy, które robił i miejsca które odwiedził, na pewno odwracają uwagę od jesieni...

English

After I got my laptop back from the Vaio service, I can finally finish my story about the summer trip to Egypt. This kind of moments, which are taking me back to the time, when it was warm and sunny, helps me out, with going thru the fall weather. On those pics above, You can see old temples, which we were visiting, while our stay. Unfortunately, during this one day trip to Luxor, I got sick. Luckly people in the bus, had so many different antibiotics, that I survived. On the next picture, You can see me trying to repeat, what Moses did. Somehow I did not manage to divide the Red Sea:) On the other hand, I was riding on the camel, so maybe I would be able to life in Moses' times after all;) We also found the old train, which happened to be manufactured in...Poland. What a small world. We also had a chance to dive and to see all those colorful fishes. You know Nemo and the rest of the gang, right?;) Anyhow, this was a great adventure. Adam is coming back home tomorrow from USA and I bet he will also have a lot to tell and to show. Thanks to that, we will be able to survive the autumn for sure :)
At the end let me put a little extra bonus, just in the English version (it always seems to me that my English versions are shorter that polish, so I need to make it up to all English speaking people;) ) This will be a short story, about Egyptians, who were showing of in front of me, so I will take pictures of them. They were trying to make an Egyptian Pyramid ;) on the bow of the boat (the 1 pic), they made it, but then the captain suddenly made a turn and the guy on the top almost fell into water (2 pic). On the third one, You can see, how is he threatening the captain, for almost killing him. The captain calmly said: "Relax, that was just a joke"
...Let me put it this way..Crazy Egyptian People...

wtorek, 15 września 2009

Z szwagrowego punktu widzenia

Czym jest miłość? Z pewnością nie jest tematem, którego spodziewacie się w moich, powiedzmy, felietonach. I macie rację. Nawet nie będę próbował odpowiedzieć na to pytanie, bo po pierwsze nie wiem, a po drugie i tak nikt by nie potraktował tego poważnie. Możecie za to spytać Ani, ona powinna wiedzieć. W końcu swoją wiedzę ma udokumentowaną na jednym z palców u ręki.

Nie wiem, czy Ania pozwoli mi na swoim ślubie wygłosić przemówienie (nie wiem, czy sam bym tego chciał), więc pozwolę sobie napisać na blogu „przepisanie”.

Po raz pierwszy spotkałem Janka, gdy Ania przeprowadzała remont na „79”. Stał wtedy w pokoju i załamywał się nad umiejętnościami renowacyjnymi swojej przyszłej, jak się później okazało, narzeczonej. Ja wynosiłem na śmietnik wszystko co niepotrzebne lub wszystko co nie miało swojej nazwy i nie wiedzieliśmy do czego służy. Mijaliśmy się kilka razy z Jankiem na korytarzu w niezręcznej ciszy, raz po raz wymieniając mini uśmiechami. Ten okres, w którym żaden z nas za bardzo nie wiedział z kim ma do czynienia trwał aż do momentu (tak mi się przynajmniej wydaje), w którym rozegraliśmy pierwszy mecz w FIFĘ na PlayStation. Nie będę się rozwodzić (słowo rozwodzić nie jest chyba w tych okolicznościach na miejscu) kto wygrał, ale od tamtej pory było już znacznie zręczniej.

Potem przyszło Jankowi zmierzyć się z naszymi znajomymi. Nie wiem, czy najpierw przeprowadził śledztwo na naszej klasie, czy po prostu taki zbieg okoliczności, ale prawie z każdym miał wspólny temat. A to pociągi, a to paintball, a to muzyka, a to rowery… Wszyscy go polubili już po pierwszym spotkaniu. Szczególnie nasi rodzice, gdy Janek na Wielkanoc przyniósł pełną siatkę wędlin. Tata nigdy nie był tak szczęśliwy.
Nigdy nie wierzyłem w istnienie łóżek wodnych, możliwość zachorowania na wilka poprzez siedzenie na zimnej podłodze i wróżkom. Nie zmienię swojego zdania, pomimo tego, że jedna z tych kobiet z dużą kulą przepowiedziała Ani, że wyjdzie za mąż w wieku 27 lat, a wszystko na to wskazuje. Co prawda nie ma ustalonej jeszcze daty ślubu, a jedyna kula, jaką posiadam jest ze skóry i ma znaczek Adidasa, ale już dziś mogę Wam napisać, kiedy sakramentalne tak zostanie wypowiedziane. 10 lipca 2010 roku. Wtedy odbędzie się finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej w RPA, a znając moje szczęście …

Witamy Janka w rodzinie Sikorskich i dziękuję. Dziękuję za to, że Ania przestanie wreszcie mi grozić, że jak mój ślub będzie wcześniej od jej to.... Życzę też miłych kłótni o swoją połową kołdry, o to kto ma mieć władzę nad pilotem, o to, czyja kolej na zmywanie oraz o to, skąd się wziął mini telewizor na Waszym weselu.

niedziela, 30 sierpnia 2009

"Dość Ważny Post"

Samolot się zatankował i odleciał z nami na pokładzie. Trzy tygodnie temu bladzi, ale pełni oczekiwań wylądowaliśmy w kraju, gdzie zawsze świeci słońce, za żonę płaci się zaliczkę i wyraz "ESZTA" działa jak słowo klucz. Może po takim opisie nie każdy wie już, że chodzi o Egipt, ale naprowadzenie poprzez piramidy, sfinks i wielbłądy, byłoby zbyt prozaiczne. Jak zwykle cały pobyt rozpoczął się od zmiany pokoju. Traktujemy to już jako standardową procedurę i podchodzimy do tego z dużo większą rezerwą i profesjonalizmem. Wymarzył nam się balkon, a pierwszy pokój miał tylko okno i... gekona w łazience. Spotkanie z tym stworzeniem w łazience było dla mnie trochę niespodziewane, ale okazuje się, że słusznie mówią staropolskie przysłowia "Gekon w dom, komary i mrówki won"i "Dobry gekon, nie jest zły". c.d. za chwilę.

..hmmm, no trochę się ta chwila przeciągnęła, laptop chyba nie wytrzymał napięcia i wzruszeń. W trakcie opisywania bardzo ważnych spraw, po prostu padł, a wraz z nim 15 linijek tekstu i zdjęcia. No, ale nic, bez zbędnego marudzenia i rozpamiętywania informatycznych zagadek tego świata, wróćmy tam, gdzie stoją 3 trójkąty w piasku datowane na 5000 lat. Po spotkaniu w cztery oczy z gekonem, potem było już tylko lepiej. Zmiana pokoju wyszła nam na dobre, mimo, że jeden pracownik recepcji prawie straciłby przeze mnie pracę, bo najpierw mówię, a potem dopiero włączam mózg. Piękny taras, rzeka płynąca przez środek hotelu i 4 restauracje. W tym jedna na cześć Beckenbauera (na zdjęciu) i wiesz, że czujesz się jak...niemiecki turysta:) Nauczyliśmy się nawet piosenki "Wir fliegen nach America, nach Americaaaaa". To taki przebój z animacji dla dzieci. O i ten "Urlaub, urlab...tralalala... cośtam... schwein". No dobra, tą pierwszą pamiętam lepiej;) Ale, my tu gadu gadu o niemieckich przyśpiewkach, a przecież, nie to zapamietałam najlepiej, i to nie to utkwi mi w pamięci na całe życie...

...To był dzień naszej półtorarocznicy bycia razem z Jankiem (wiem, wiem, szalenie okrągła rocznica, można rzec styropianowa). Nie mniej jednak każda okazja jest dobra do świętowania. Biorąc to pod uwagę, łądnie się ubrałam, umalowałam, czyli generalnie wylaszczyłam na maxa. W końcu, raz w życiu obchodzi się półtorarocznicę:) Z tej okazji poszliśmy sobie wieczorem na obiad, potem na kawkę, a potem na pokazy akrobacji. Kulminacyjnym punktem wieczoru był spacer na plażę. Po drodze wzięliśmy z pokoju szampana, kupionego w Polsce, by potem usiąść na plażowym łożu z baldachimem. Otwarliśmy szamana i przy blasku księżyca i światłach hoteli nad zatoczką Morza Czerwonego Jan poprosił Annę o to żeby została jego zoną. Ona w swym zaskoczeniu przytomnie odpowiedziała, że się zgadza:)))...

(sprostowanie tego momentu jest tylko takie, że najpier pospiesznie sięgnęła po pierścionek, jakby miał nagle zniknąć, a potem dopiero powiedziała tak;) )

Od tej pory Janek mógł się już wyluzować i cieszyć resztą urlopu, nie myśląc już o tym czy pierścionek jest tam gdzie go włożył, czy w trakcie zaręczyn nie wpadnie do wody, no i chyba czy się zgodzę:)
W następnym odcinku: wielbłąd, wrak pociągu w środku pustyni i delfiny...

To be continued... jak dorwę kolejny sprawny komputer

English...

So, we finally made it to our summer destination. The land, where it always shines, you need to pay for your future wife and the word ESHTA opens all hidden doors. I would just write, that we arrive to Egypt, but that would be just to simple. At the beginning I had a close, face to face, contact with the gecko in our bathroom, but it came out it was even more frightened, than me. Of course, we changed the room, because it's like a tradition for us now. The new one had a better view and great balcony, a it was twice that big. So being fully satisfied, we could enjoy our holidays. There was 4 restaurants, one dedicated to Beckhenbauer, nice river going thru the hotel, so it felt like we are on a good German holiday. We even got to know some of the kids' songs, while we stayed there, like "Wir fliegen nach America"...

But German songs, were not the most important and exciting things we experienced in Egypt. Let's start with the most unexpected one.

On our 1,5 anniversary of being together, I dressed up and did my make up to look gorgeous. We went for a dinner, coffee, little arobatic show and to the beach, taking champagne with us.

We sat down on one of those beach bed with canopy next to the Red Sea. At this very special moment Janek asked me to marry him and I said YES.

I even kept the little flower he give me that evening (see the pic)

From that moment, he could finally get relaxed and enjoy the vacation even more...


To be continued...

sobota, 8 sierpnia 2009

Kilka słów przed kolejna przygodą...

Siedzę na lotnisku i myślę sobie, że Adaś musiał mnie zdublować na blogu, bo się opuściłam. A przecież trochę się działo ostatnio i byłoby o czym napisać:) Oczywiście był ślub i wesele, bo jakby inaczej. Tym razem jednak w ramach oczepin wybraliśmy się na spacer:) I były niesamowite poprawiny, gdzie Panna Młoda wskoczyła do basenu.
U2 zagrało pod moim balkonem, a 2 godziny temu byłam na ślubie Agi i Dawida:) Więc potraktujcie to, jako takie, krótkie intro do kolejnego wpisu. Jeśli Adaś coś w tym czasie napisze, to chwała mu za to. Czekając na godota, wrzucam to co najważniejsze czyli kolejne zdjęcie do kolekcji. Tym razem w roli głównej Ilona i Patryk.. No nic, nasz samolot już się tankuje, więc see you soon...

English

I guess Adam had to work double on our blog, because I was kind of lazy lately. And there was stuff to talk about, like weddings again, big after wedding parties, U2 playing underneath my balcony and much more. Anyhow please accept this short text as a introduction to my next adventure. Right now I'm waiting for my plane to far away country, so hopefully soon You will get some interesting, awesome pictures and nice stories... p.s. on Your left another of my "wedding-cake-pic", the collection is getting bigger:)

one more bonus...

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Z bratowego punktu widzenia - cz. 12

Było już o pracy w Polynesianie, było o Pizza Pubie, czas na czas wolny. Wydaje mi się, że w tym roku znalazłem złoty punkt między pracą, odpoczynkiem i zarobkami. Pracuję całkiem nie mało, ale znacznie mniej od chińczyków w fabryce Nike. Nie mogę sobie pozwolić na kupno chromowanych felg i telewizorów do zagłówków w moim rowerze, ale nie muszę też nurkować w fontannie po drobne. Nie mam za bardzo czasu na nudę, ale mam wystarczająco dni wolnych, by odpocząć, uzupełnić bloga i odhaczyć z listy tutejsze atrakcje, których nie udało mi się zaliczyć w poprzednich dwóch pobytach (cały czas mowa o atrakcjach turystycznych).

Na razie znalazłem czas i pogodę na Wisconsin Ducks, czyli pływające po wodzie (jakby można było pływać po czymś innym) autobusy. Wymysł Amerykanów, z lekką nutą kiczowatości, ale spodobałby się nawet najbardziej wybrednym turystom. Zabawna pani przewodnik, pewnie trochę znudzona opowiadaniem tych samych kawałów, ciekawa sceneria, przyroda i formy skalne sprawiły, że 45 minutowa wycieczka trwała „10 minut”. Na koniec nawet kupiłem pocztówki. Przy okazji jedna ciekawostka. Zeszłego lata w Wisconsin Dells była potężna ulewa. Woda w jeziorze przekroczyła wszystkie poziomy alarmowe i wlała się do rzeki Wisconsin River (nie pytajcie mnie, nie wiem skąd ta nazwa). Jezioro o powierzchni 108 hektarów znikło z powierzchni ziemi w 2 godziny, zatapiając przy okazji kilka domów i drogę, którą 2 lata temu dojeżdżałem do pracy. Miasto dawno nie miało tak małej liczby turystów. To tak, jakby w Zakopanym ktoś spłaszczył Giewont.

Teraz na szczęście wszystko naprawili. Wyłożyli nowy asfalt, nalali wodę, włożyli korek i wszystko wróciły do normy. Miałem okazję sprawdzić jakość nowej wody, pływając wynajętym kajakiem. Trochę falista w niektórych miejscach, ale generalnie w porządku. Zwiedziłem tutejsze jezioro w jeszcze jeden, trzeci sposób – w łodzi motorowej (tzw. Jet Boat). Nie wiem jak nazwać tego gościa co to sterował, bo raczej nie kapitan, ale był całkiem dobry. Jazda z prędkością 80 km/h, obroty o 360 stopni i nagłe hamowanie sprawiły, że pod koniec wszyscy byliśmy mokrzy niczym zdesperowani finansowo stojący przy fontannie.

Odwiedziłem też jeden z parków wodnych. Dla kogoś kto w sumie przepracował prawie 10 miesięcy jako ratownik, zjeżdżalnie nie są już aż tak ekscytujące. Ciągnąc dalej wątek wodny, wybrałem się też na Tommy Bartlett Show – połączenie pokazu jazdy na nartach wodnych, sztuczek cyrkowych i gościa, który grał na 25 trąbkach przypiętych do każdej części ciała. Po pierwszych 15 minutach tych nart wodnych byłem trochę zażenowany poziomem dowcipów i scenariusza, na którym oparty był cały program i czułem się jak na akademii szkolnej. Brakowało tylko mikrofonu przekazywanego z ręki do ręki i nauczycielki grającej na 37-letnim pianinie. Dopiero jak wyszedł koleś żonglujący piłami tarczowymi i para, która wykonywała kaskaderskie wyczyny, 20 metrów nad ziemią, ryzykując życie, przestałem żałować tych wydanych 15 dolar…, a w sumie nie ważne, miałem to za darmo.

Niestety nie mam żadnych zdjęć z tych wszystkich miejsc. Nie wziąłem aparatu z 4 powodów. Po pierwsze nie jestem osobą, która musi mieć wszystko na „kliszy”. Po drugie nie chciałem tego wszystkiego oglądać przez obiektyw, tylko na żywo. Po trzecie za dużo wody. Po czwarte- zapomniałem.
Na koniec kilka słów dla osób szukających plotek – mam za sobą pierwszą amerykańską imprezę. Jestem z siebie taki dumny, nawet nie marudziłem, że chcę już iść spać.

wtorek, 14 lipca 2009

Z bratowego punktu widzenia - cz. 11

Każdy kolejne wakacje w Stanach powinny się czymś różnić, powinny rozwijać. Głownie z tego powodu zdecydowałem się nie wracać do Denny’sa i Sundary (pozostałe to nienawiść do Denny’sa i nienawiść do odległości do Sundary), a spróbować sił w Pizza Pubie.

Dziś trochę o tym miejscu, bo o opowiadanie i pisanie o Polynesianie męczy mnie równie bardzo, co kawały o Sosnowcu. Pizza Pub, co z angielska oznacza Pub Pizzeria, jest w przeważającej części zamerykanizowany, choć nie brakuje też wschodnioeuropejskich wątków. Z nimi na szczęście mam mało do czynienia, bo skupiają się one głównie w kuchni, z dala ode mnie. Poza mną, jest jeszcze dwóch kelnerów z Bułgarii, ale z nimi można porozmawiać o czymś więcej niż tylko pogoda, w czasie Present Simple. Rozmowa z Rosjanami zwykle wygląda jak tajemne spotkanie z wymianą równie tajemnych dokumentów. Najpierw po cichu podchodzą od tyłu i podają hasło: ty gawarisz pa russki? Gdy odpowiesz nie, wtedy na ich twarzy pojawia się zawód – muszą odkurzyć swój angielski. Dalsza rozmowa składa się ze standardowych elementów – ile zarabiasz, czy możesz jeść za darmo, czy masz drugą pracę. Gdy uzyskają odpowiedź, w ciągu sekundy znikają, bezszelestnie. Jak gdyby żadna konwersacja nie miała miejsca.

Poza kilkoma kucharzami, większość pracowników to Amerykanie. Znajdzie się też kilku Meksyków, Amerykano-Polka, czy właściciel Serb. Chciałbym coś o nich napisać, ale wystarczy jedna złośliwa uwaga i mogę źle skończyć. 2 lata temu po każdym krytycznym poście na blogu napotykały mnie jakieś podejrzane, nieprzyjemne przygody. W tym roku wolę nie ryzykować. Miałem zresztą już wrażenie, że zaczynają się na mnie mścić na zapas. Drobne szczegóły związane z grafikiem, głośne zwracanie uwagi za niewielkie niedociągnięcia i brak pochwał za dobrze wykonywaną pracę (wiem, że dobrze, bo klienci mogą wyrażać swoje opinie na specjalnych kartach komentarzy) sprawiały, że pomyślałem sobie to, co każdy Polak po niezdanym egzaminie z prawa jazdy. Uwzięli się na mnie! Kilka ostatnich dni przekonało mnie jednak, że to tylko moja wyimaginowana opinia. Okazało się, że moi przełożeni to całkiem sympatyczni ludzie, tylko wcześniej potrzebują dnia wolnego.

Nasi klienci są mniej wymagający niż ci z Sundary. Tu pizza nie musi uzdrawiać duszy i przywracać równowagi ducha. Nie wymaga się też ode mnie, żebym mówił do gości jak do brytyjskiej królowej. Tu ludzie przychodzę żeby się najeść.

Skończył mi się już chyba okres, w którym działa szczęście debiutanta i ostatnio wszystko bardzo znormalniało. Zniknęły nastoletnie fanki, a coraz więcej jest klientów, którym po prostu przynoszę jedzenie. Od czasu do czasu zdarza się ponadprzeciętnie sympatyczny stolik, taki jak ten sprzed kilku dni. Wtedy to pewna rodzina pod wpływem jednego z show (showów?), który oglądała tuż przed kolacją, nadała mi nowe imię, które sam sobie mogłem wybrać. Przez 40 minut byłem Jordanem! Wczoraj też miałem mój pierwszy tzw. mistake, czyli pizzę, która nie spełniała wymagań klientów. Niestety musiałem akurat trafić na bliskich przyjaciół mojego głównego szefa. Na moje szczęście byli bardzo wyrozumiali i skończyło się na całkiem przyzwoitym napiwku.

Piszę tego posta w święto narodowe Francji, ale na chwilę chciałbym wrócić do 4 lipca, czyli amerykańskiego Dnia Niepodległości. Po raz pierwszy w ostatnich 3 pobytach w USA, miałem tego dnia wieczorem wolne i mogłem świętować niepodległość Stanów Zjednoczonych oraz moją niepodległość od pracy. Na szczęście kosmici tego dnia nie atakowali, a jedynymi święcącymi obiektami na niebie były sztuczne ognie. Światełko do nieba, Sylwester, czy otwarcie 14. Reala w Warszawie razem wzięte wyglądałoby przy tym, jak wystrzał kapiszona. Ci Amerykanie to jednak potrafią świętować. Polskie święta narodowe polegają głównie na 4-godzinnych przemarszach, męczeniu młodych harcerzy stojących nieruchomo przy pomniku w rogatywkach, które odcinają dopływ powietrza do mózgu i wysłuchiwaniu ludzi w krawatach. Dobrze, że odbywa się to w TVP lub TVP Polonia, które szybko można zmienić. Polacy tak się szczycą tym, że szanują historię swojego kraju, ale dla większości 11 listopada to tylko dzień wolny od pracy. Tu ludzie rzeczywiście doceniają to co kraj dla nich zrobił i potrafią swoje uwielbienie do narodu odwzajemnić. Może i sztuczne ognie w barwach amerykańskiej flagi, czy nastrojowe piosenki z filmu Pearl Harbor odgrywane w czasie spektaklu były kiczowate, ale hymn odśpiewany przez kilkuset ludzi, stojąc jak na podium olimpijskim, z ręką na sercu, był całkiem prawdziwy.

czwartek, 9 lipca 2009

Kolejny sezon rozpoczęty...

Rok temu, pamiętnego dnia 8.06.2009, kiedy to Niemcy starli się z Polakami na zielonej murawie, Kubica parł do przodu w swym bolidzie, a Anna i Wojtek nic sobie z tego nie robiąc rzekli sakramentalne "I do", rozpoczęli w moim życiu sezon wesel. Wcześniej, przez 25 lat nie dane mi było być na żadnym, więc byłam wtedy szczególnie przejęta. A tu ni stąd ni zowąd, jestem już po 4-tym, a za miesiąc piąta balanga w stylu "Kawiarenki", "Biały Miś" i "Cudownych rodziców mam". Ale za nim rozpiszę się o weselnych harcach, należy też wspomnieć, że inny "sezon" się zakończył...
...Półtora roku temu, pomalowałam, umeblowałam i upiększyłam mój pierwszy pokój. Z namaszczeniem wybierałam Beddinge i Anebodę (słowa sofa i szafa, nie oddają w pełni zaangażowania emocjonalnego, które towarzyszyło mi przy kasie w Ikei). Teraz przyszedł czas na opuszczenie mieszkanka, zwanego potocznie "79". W tym miejscu wielkie "Thank You", dla mojej współlokatorki Zguby za ten super rok, który wprowadził wiele fajnych zmian i nie zawierał, żadnej kłótni o niewyrzucone śmieci czy za głosną muzykę:) W nowym gniazdku Sikorki, nie ma niestety miejsca na Beddinge, więc gdy udało mi się znaleźć dla niej piękne miejsce w górach, konkretnie w domku w Węgierskiej Górce, byłam tym bardziej zadowolona. Resztę sierotek mebelków wzięłam do nowego mieszkania.

No, ale dobrze wracając do tych chwil, które coś zapoczątkowują, a nie kończą, to po weselu Ani i Wojtka, Miśka i Sabiny, Radka i Emilki, przyszedł czas na Rafała i Karolinę. Ceremonia zaślubin miała odbyć się w Pile w sobotę, więc idealny plan zakładał, że w piątek należy wpaść jeszcze do Agnieszki (na fotce) i Macieja (Boże, koncert życzeń mi się tu zrobił, tyle tych par), którzy mieszkają pod Poznaniem. No i z prostej uroczystości, zrobił nam się długi weekend.
Aga i Maciek, przeszli już przez największe piekło remontowe, więc mogliśmy podziwiać "extream make over" ich mieszkania. Z Agnieszką oczywiście przeprowadziliśmy niekończące się ploteczki i podejrzewam, że gdybym przyjechała na tydzień i tak nie poruszyłybyśmy wszystkich tematów.
Aguś, pozdrowionka i do następnych odwiedzin. Tym razem zapraszamy na przepiękny Śląsk, mlekiem i miodem płynący.
Mijając piękne polskie łąki i pola, dotarliśmy wreszcie do Piły. W hotelu Pani zapytała, na jakie nazwisko jest rezerwacja. Czy na Aneta Sikora? Na to ja do niej: "Nie, na Anna Sikora, tak jak ma Pani na identyfikatorze!?!". Niesamowite, spotkałam swojego klona nazwiskowego. To tak, jakby człowiek spotkał swoją siostrę bliźniaczkę, albo jakby ktoś obcy, podawał się za mnie w Pile. Zagęszczenie Ań Sikor, nie powinno być jednak za duże, bo to grozi zagładą wszechświata. Śmiałam się nawet, że na weselu mogę być tylko do 22.00, bo potem wg grafiku mam zmianę w recepcji;)
W każdym razie, dojdźmy wreszcie do Państwa Młodych. Ślub był super, a po wyjściu z kościoła udało mi się nawet strzelić fajną fotkę, jak ich obsypujemy artykułami spożywczymi w postaci ryżu, płatkami róż i kasiorą. Wesele odbyło się w ośrodku w sosnowym lesie, nad jeziorem. Mimo, że na początku nikogo tam specjalnie nie znałam, to po 10 minutach czułam się jak u cioci na imieninach. Może dlatego też, że wcześniej co po niektórych spotkałam u fryzjera w Pile. W końcu, Ci co byli ze Śląska musieli na "chybił trafił" wybrać fryzjera przez internet, a ponieważ tylko jeden w Pile ma stronę internetową, before party odbyło się już tam. Właściwie na czas imprezy weselnej, dostałam tylko jedne zadanie: "Nie złapać bukietu". Niestety nie powiodło się. On po prostu był tak blisko, że nie mogłam się opanować, a lata gry w dwa ognie okazały się przydatne, bo przykleił się do mojej ręki szybko i sprawnie. Niektórzy nawet mówią, że to taka prolongata chwytu ze ślubu Ani i Wojtka. Jankowi pozostało tylko, przyczynić się do tego, żeby krawat również znalazł swojego adresata, co nie było chyba zbyt trudne, bo kawalerowie niechętnie po niego sięgali. Potem było kilka konkursów w ramach, których Pan Młody zastanawiał się czy to na pewno kolano jego narzeczonej, a ona czy to jego pępek, ja gwizdałam z bułką tartą w ustach, a potem tańczyliśmy w "Tańcu z Gwiazdami". Efektem naszych starań w konkursach były 2 butelki wódki i płyta zespołu weselnego "Trans" z autografami:) Po fantastycznie przebalowanej nocy, trochę spóźniliśmy się na poprawiny. Wstaliśmy o 13.30:) W ramach dnia drugiego był grill, spacery nad jezioro, no i porządny żurek:) Jednym słowem wesele jak się patrzy. Panna Młoda przepiękna, Pan Młody dbający o wszystkich gości i niesamowicie rodzinna atmosfera. W ramach poprawin bracia Pana Młodego wyciągnęli gitarę i wraz z nim, swoimi niesamowitymi głosami dali popis, wciągając w śpiew resztę gości. Z resztą jest się czym chwalić, jeśli odziedziczyło się talent po ojcu śpiewającym w "Śląsku". W każdym razie było na prawdę idealnie i każdemu życzę takiej imprezy z okazji włożenia na palec GPS-a.
Na koniec jeszcze dwa słowa o moim hobby zwanym "Cutting- Wedding-Cake-Rotate-Picture". Czyli w wolnym tłumaczeniu, kolejne zdjęcie które zrobiłam Państwu Młodym w czasie krojenia tortu (zdjęcie koniecznie musi być lekko przechylone). To już 4 do kolekcji i mając nadzieje, że jestem jedyną osobą na świecie z takim hobby, myślę, że mam szansę ustanowić rekord świata w ilości takich zdjęć:)
Droga powrotna do domu była bardzo szybka, dopiero co zamknęłam oczy, a tu już Janek parkuje nasz samochód w Katowicach;) Po prostu teleportacja, tylko że nie dla kierowcy...;)

English Version coming ...

In everyone's life, there are stages, which are starting and the ones that are ending. Previous year I was renting an apartment with my friend Magda. Now came the time to move out. I couldn't take all the furnitures to my new place, so I was really happy that I found a new home for my sofa. When over a Year ago I was buying it, it was such a big deal, because I was creating my own room. The way I wanted. And now is the time to say goodbye and thank You to my roommate, who I didn't argue with at all and had some great moments in the apartment called "79". Anyhow the new stage of life begins also for my friends. Agnieszka and Maciej moved to they renovated apartment, Rafał and Karolina got married. This two things were going on lately. We visit the first couple on our way to the second one's wedding. I haven't seen Agnieszka for a while, so of course we had million things to talk about. Then the wedding, was really great. In a lovely place in the forest, next to the lake. When we were checking in, it came up, while we talked with the lady from the front desk, that, her name is Anna Sikora. How weird. It's almost like I would meet my twin. I wanna fell special and than You find out Your not the only Anna Sikora in the world. Anyhow again, like it was Year ago, while the reception, I cought the veil. They say I prolongate my chances to get married. So Janek had to cache the groom's tie, again;) After that we took part also in some other contests, like e.g. dancing contest, winning altogether two bottles of vodka and the wedding band CD with the autographs. The next day, we woke up kind of late- 1.30 p.m., so we were a little bit late for a barbeque-after-wedding-party.
It was also awesome: meet, fresh air, alcohol and singing. What You can ask more. Two little brothers of the groom brought the guitar and made a good show. No wonder they are so talented, their father was a singer in a famous folkloristic group called "Silesia". My father, when he was young, also wanted to join this group. He even got in, after a lot of different tests, but when they told him, he can be a part of chorus, not a soloist, he was not interested anymore:) As my souvenir from the weddings, I took as usually a photo of a weeding cake. Now I have a collection of
"Cutting- Wedding-Cake-Rotate-Pictures" and I'm probably only one person in the world, who has a hobby like that. Unless other Anna Sikora does the same...;)



czwartek, 25 czerwca 2009

Z bratowego punktu widzenia - cz. 10

6 godzin opalania i oglądania amerykańskich nastolatek, potem jazda na rowerze, popołudnie wśród niezliczonej ilości pizzy, a wieczorem finałowe mecze NBA. Właśnie tak spędziłem ostatnie 2 tygodnie w Wisconsin Dells i wcale nie musiałem wypełniać żadnych formularzy, nagrywać krótkiego filmiku i rywalizować z 34 tysiącami kandydatów. Raczej 150 000 australijskich dolarów za to nie dostanę, ale nurkować i pisać bloga mogę.

Jeśli chodzi o tą pierwszą część dnia, to uważni i stali czytelnicy wiedzą o co chodzi. Postoję trochę tu, trochę sobie gdzieś posiedzę, trochę sobie pogwiżdżę gwizdkiem, trochę sobie poratuję ludzi, ponaklejam plastrów, cały czas uważając by równo się opalić. Chociaż nie, nie mogę tak pisać. Mam znacznie więcej obowiązków. W końcu jeśli dosłownie przetłumaczyć z angielska moją funkcję na basenie, to jestem obrońcą życia. Brzmi dumnie!

Część rowerowa, w porównaniu z poprzednimi amerykańskimi wakacjami, jest zdecydowanie przyjemniejsza. W tym roku zaopatrzyłem się w aluminiowego Gianta i jestem z pewnością jedynym studentem z Work and Travel, który ma osprzęt Acera. Jestem też chyba jedynym Europejczykiem, który przed wyjazdem do Stanów kiedykolwiek jeździł na rowerze. Cała reszta ma siodełko na takiej wysokości, że kolanami biją się po twarzy, jeżdżą pod prąd, a przerzutki zmieniają tylko przez przypadek, gdy gwałtownie zjadą z krawężnika. Nie byłbym sobą, gdybym nie próbował z każdym się ścigać, na każdym podjeździe. Nie mają szans, ale przez moją ambicję przyjeżdżam do pracy spocony, jak Małysz przed swoim pierwszym wywiadem telewizyjnym.

O tym, by pracować w pizzerii po cichu myślałem przed pierwszym wyjazdem. Wtedy się nie udało, nie udało się też 2 lata temu, ale nie zaszkodziło spróbować po raz trzeci. Ostatnia szansa, żeby była sztuka. Początkowo miałem już zaklepaną pracę w Denny’sie, restauracji, która 3 lata temu zniszczyła mi psychikę, pozostawiła blizny po oparzeniach od gotowanych ziemniaków w proszku i zmieniła moje podejście do bekonu i jajecznicy. Na szczęście tuż przed pierwszym dniem w pracy, zadzwonili do mnie z jednej z najlepszych pizzerii w mieście (wiem, 2700 ludzi to nie miasto, ale my, w Ameryce lubimy wszystko wyolbrzymiać) - Pizza Pub. Myślę sobię: pewnie zaimponowało im moje doświadczenie z Sundary i umiejętność pisania tutejszych „siódemek”. Bez ogonka na tej ukośnej kresce. Później jednak dała mi do myślenia wypowiedź pani manager – „wybraliśmy Cię, bo jesteś znajomym Stefana”. Stefan, to bułgarski kelner, który pracuje w tej pizzerii od dłuższego czasu. Nigdy wcześniej gościa na oczy nie widziałem, ale nie przeszkadzało mi specjalnie ich zamieszanie w papierach.

Przed rozpoczęciem pizzernianej misji, musiałem odrzucić ofertę Denny’sa. Menago trochę się wkurzył, ale ja miałem satysfakcję. Nie dlatego, że rezygnując mogłem się trochę odpłacić za wszelkie traumatyczne przeżycia, ale dlatego, że czułem się przez chwilę jak Franck Ribery, o którego bije się pół piłkarskiej Europy (swoją drogą ciekawe, że europejczyk ma w USA 3 ofert pracy. W czasach kryzysu).

Mam już za sobą kilka dni jako kelner. Mój pierwszy rachunek opiewał na 23 dolary i 45 centów. Nie można sobie wyobrazić lepszego początku. Na dodatek, jak zanosiłem paragon uświadomiłem sobie, że stolik ma numer 203. Przypadek? Debiutancki dzień zakończyłem obsługując sympatyczny stolik z 3 nastolatkami i ich matką (albo ciocią, nieważne). Po kilku minutach chciały ze mną jechać do Polski, cały czas prosiły o dolewkę wody, mimo, że nie chciało im się pić, a na koniec pochwaliły mnie u pani szefowej. Tak im zaimponowałem, że następnego dnia wróciły…

Wiem, trochę przykozaczyłem w ostatnich kilku zdaniach, dlatego teraz napisze wersję dla tych, którzy nie lubią czytać jak ktoś się chwali. Przyszły 4 baby, po kilku sekundach rozmowy chciały wykupić miejsca w samolocie, którym miałem lecieć do Polski, tylko po to, żebym nie mógł usiąść przy oknie. Cały czas prosiły mnie o wodę, żebym nie miał czasu dla innych klientów i przez to stracił napiwki. Potem poszły marudzić u szefa. Następnego dnia to samo…

Reasumując. Rano na basenie, potem 2 godzinki wolnego, które w lipcu mam w planie przeznaczyć na oglądanie Tour de France. Od 17 (lub jak my w Ameryce wolimy, od 5 pi em) pracuję w Pizza Pub i w domu jestem przeważnie koło 22. Na razie udało mi się raz zagrać z Amerykańcami w kosza. Moja drużyna wygrała, pomimo tego, że u przeciwników był Murzyn. I nie miał nadwagi, ani astmy.

PS. Żeby się koleżanka z blogowej redakcji nie zdziwiła jeśli chodzi o zdjęcia. Nie wiem, czy pamiętasz, ale Pizza Pub jest na przeciwko Marley'sa, a tam co środę jest Swimsuit contest :)