środa, 16 lutego 2011

Z bratowego punktu widzenia

Jeszcze nigdy nie byłem w kraju, w którym wszystko byłoby tak inne. Inna strefa czasowa, gniazdka, religia, lewostronny ruch drogowy, brak pór roku, ryż na śniadanie i wąż z wodą zamiast papieru toaletowego w ubikacji. Gdyby kraj ten leżał kilkanaście kilometrów bardziej na południe i spływająca woda w wannie kręciła się w lewo to bym chyba zwariował. Na szczęście Malezja zmieściła się na północy.

Jak chyba już kiedyś pisałem nie jestem wielkim fanem latania samolotem. Przy pierwszej drobnej turbulencji szukam kartki i długopisu, żeby spisać testament. Jestem jedyną osobą, która czyta ulotkę o wyjściach bezpieczeństwa i faktycznie słucha stewardes podczas ich zajęć z BHL (Bezpieczeństwo i Higiena Lotu). Czekając na odprawę zwykle analizuję każdego pasażera z osobna, oceniając po twarzy i sposobie zachowania, czy może być terrorystą. Z oczywistych względów moja uwaga skupia się głównie na Muzułmanach. Dotychczas latałem głównie do krajów zachodnich, gdzie islamiści stanowili mniejszość. Tym razem jednak leciałem do Malezji, więc w samolocie roiło się od wyznawców Allaha. Wiem, że nie każdy Muzułmanin to terrorysta. Ba, 99% to porządni obywatele. W samolocie zmienia mi się jednak cały światopogląd. Potrafię tam nawet zjeść znienawidzone przeze mnie gotowane warzywa i nagle pojawia mi się ochota na herbatę. Nie czuję się w powietrzu komfortowo i już. Nie cieszyłem się więc na 14 godzin lotu.

„Mamy problem” – to jedno z tych zdań, których nigdy nie chcesz usłyszeć od pilota. Inne to „Dzień dobry, będę dzisiaj państwa pilotem i będzie to mój pierwszy lot bez instruktora”. Mi przytrafiło się to pierwsze. Gdy tylko wypłynęło ono z głośników zrobiło mi się ciepło jak pasażerom pociągu, w którym ogrzewanie jeszcze się nie zepsuło. Na szczęście zdanie to miało dalszą część. „Mamy problem z systemem komputerowym w państwa telewizorach, więc przez jakiś czas nie będzie można oglądać filmów”. To już bym chyba wolał zepsuty jeden z dwóch silników. Samoloty mogą latać na jednym, a lecieć 14 godzin bez filmów to już samobójstwo.

Ogólnie jednak nie było aż tak źle, a awaria szybko została naprawiona. Malezyjskie linie zatrudniają najlepszych piratów internetowych, którzy najwidoczniej ściągają dla nich najlepsze filmy. Część z nich nie miała jeszcze swojej premiery. Niestety zanim obejrzałem wszystko co chciałem musieliśmy lądować. Pilot przerwał mi w końcówce „The Town” i teraz nie wiem, czy dziewczyna Bena Afflecka, którą poznał porywając ją podczas napadu na bank, mu wybaczyła. Zakładam, że nie.

Po wylądowaniu w Malezji nie czułem wielkiej ekscytacji z tego powodu. Moja obojętność bardzo mi się nie podobała. Byłem przecież na drugim końcu ziemi, a czułem się jakbym wsiadł w autobus 51 na Tysiącleciu, przejechał całą trasę i wysiadł w Ligocie. Długa podróż i wysiadka w lesie. Nic specjalnego. Później dopiero zaczęło do mnie dochodzić gdzie jestem. Gdy zamiast dzików buszujących po Stargańcu, zobaczyłem spacerujące po ulicy małpy. Gdy temperatura podskoczyła do takiego poziomu, że malezyjskie kobiety zaczęły rozważać przejście na chrześcijaństwo, byle tylko zrzucić z siebie to okrycie zasłaniające całe ciało. Wreszcie poczułem się tak jak czuć się powinienem, na oficjalnej kolacji na plaży, przy jednym z luksusowych resortów. Widok na morze i wyspy, fajna muzyka i przede wszystkim masa jedzenia wystarczyły.

Następnego dnia odbyła się prezentacja grup kolarskich. No właśnie, najwyższy czas wytłumaczyć po co do tej Malezji pojechałem. Zaprosili mnie organizatorzy wyścigu Tour de Langkawi. No może nie tyle zaprosili, co sam się wprosiłem, a oni za wszystko zapłacili. W zamian pisałem relację z etapów, zbierałem wypowiedzi kolarzy i informowałem kibiców kolarstwa w Polsce co się tam dzieje. Miałem o czym pisać, bo w wyścigu brała udział polska grupa CCC Polsat Polkowice.

O prezentacji pisać nie musiałem, bo nie było o czym. Zawodnicy przyjechali, pomachali i odjechali. Ciekawiej było przed, gdy dosiadło się do mnie kilku malezyjskich gimnazjalistów. Po chwili zapytali skąd jestem. Gdy odpowiedziałem, że z Polski rozpoczęła się ponad godzinna rozmowa. Najpierw z pięcioma gimnazjalistami, później dziesięcioma, później dosiadła się żeńska klasa zauroczona białym człowiekiem, w krótkich spodenkach. Pytali o wszystko, jaki smak ma wieprzowina, jak to jest dotknąć śnieg, jaka jest najbardziej znana polska plaża (czy polskie plaże mają w ogóle jakieś nazwy?). Gdy zapytali o sławnego Polaka postanowiłem wyciągnąć najcięższe działa. Papież! Nie ma na świecie nikogo bardziej słynnego, a tym bardziej nie ma na świecie bardziej sławnego Polaka. Po chwili przypomniało mi się, że rozmawiam z małymi Muzułmanami, których na religii uczy się jak latać samolotami (żart), albo o tym, że w czasie ramadanu nie można dłubać w nosie. W programie nie ma słowa o papieżu. – Wiecie kto to jest papież? – zapytałem. Widziałem po ich oczach, że nie wiedzą o czym mówię. – „No wiecie, to jest taka najbardziej znana osoba w Kościele katolickim. Taki wasz Muhammad Ali.” Oczywiście tego nie powiedziałem, bo byłoby to wyjątkowo głupie, nawet na moje standardy. Rozmowa zakończyła się zaproszeniem do ich szkoły i propozycją udziału w treningu siatkówki. Nie poszedłem, bo i tak bym tej szkoły nie znalazł. Poza tym było za gorąco i mi się nie chciało. Nie obrazili się z tego powodu i dziś mam na facebooku 4 młodocianych znajomych z Malezji.

Po pierwszym etapie, który był rozgrywany na wyspie Langkawi, popłynęliśmy statkiem do Malezji. Gdy schodziliśmy z pokładu witały nas setki kibiców, którzy nie odróżniali kolarzy od reszty. Przez chwilę mogłem się poczuć jak Lance Armstrong. Ludzie krzyczeli, chcieli, żebym przybił im piątkę i dał ze sobą zrobić zdjęcie. Poczęstowali mnie sokiem z kokosu. Skosztowałem i poczułem się jakbym właśnie wypił wodę, w której prałem skarpetki z przebiegniętego przed chwilą maratonu. – Całkiem dobre – skłamałem z uśmiechem na twarzy.

Przez kolejne dni jechałem wraz z wyścigiem i zwiedzałem północno-zachodnią część Malezji. Poznałem dziennikarzy z Algierii, Chin, Japonii, Singapuru, Włoch, Hiszpanii, Australii i Irlandii. Irlandczyka poznałem najlepiej, bo mieszkałem z nim w pokojach hotelowych. Nigdy nie spotkałem człowieka, który by tak dużo pracował. Wstawał o 7 i pisał. W czasie etapu pisał, po etapie pisał, w czasie kolacji pisał, po kolacji pisał. Chodził spać o 1 w nocy i po 4 dniach takiego wysokiego tempa pracy zaczął się dziwnie zachowywać. Zasypiał przed laptopem, gadał bez sensu i prawie w ogóle nie jadł. Gdy sytuacja robiła się krytyczna, szedł na chwilę do pokoju, zasypiał w ubraniu w pozycji Draculi i po godzinnej drzemce wracał do pracy. Jeździłem też w samochodzie z chińską panią fotograf. Także pracoholiczką. Najprawdopodobniej zrobiła zdjęcie każdej osobie, która stała przy trasie. Cały czas coś notowała swoim małym chińskim ołóweczkiem, w małym chińskim notesiku (naprawdę wszystko miała takie chińsko-małe). Zawsze chodziła spocona, bo nosiła ze sobą 3 aparaty i torbę. Trzeba jednak przyznać, że była zaopatrzona na każde warunki i nic ją nie zaskoczyło. Czasami jej zazdrościłem, że wzięła ze sobą coś, co akurat mi by się bardzo przydało. Na przykład takie zapinane worki, do których można było wsadzić książkę, albo aparat i były bezpieczne w przypadku deszczu. Niestety deszczu nie brakowało. Miałem pecha, bo akurat w tym roku poprzesuwały się okresy monsunowe i przez 4-5 dni padało. Nikt nie pamiętał takiej pogody od początku istnienia wyścigu. Najgorzej było na szczycie podjazdu pod Genting Highlands, gdzie kończył się jeden z etapów. Gdybym był kolarzem, to właśnie na tym etapie zakończyłbym karierę i wyrzucił rower do rowu. Padało, było zimno, wiało i nic nie było widać przez mgłę. Była ona tak potężna, że dostała się nawet do hotelu. Chociaż w tym przypadku hotel to nieodpowiednie słowo. To było Silesia City Center, park rozrywki i małe Las Vegas wciśnięte pod dach, a całość obudowana była hotelami. Wszystko to znajdowało się 1760 metrów n.p.m. Na kolację szedłem tak długo, że po deserze zacząłem się zastanawiać, czy jest sens wracać. Następnego dnia było przecież śniadanie i nie wiedziałem, czy zdążę na nie dotrzeć. Restauracja była tak daleko, że w połowie drogi musiałem zmienić czas w zegarku na nową strefę czasową.

Anomalie pogodowe były dla mnie poważnym zagrożeniem. Mogły sprawić, że wrócę do Polski nieopalony! Na szczęście ostatniego dnia, w Kuala Lumpur wyszło słońce. I to porządne. Nie obchodziło mnie to, że groziło mi skrajne przegrzanie organizmu. Nie miałem zamiaru wchodzić do cienia. Wiedziałem, że to był mój ostatni dzień w upalnym słońcu przez najbliższy miesiąc i musiałem wykorzystać okazję.

Droga powrotna zaczęła się tego samego dnia, w którym zakończył się wyścig. Ponownie lot samolotem okazał się za krótki na obejrzenie wszystkich filmów i nie wiem, co się stało z człowiekiem, który był zablokowany w skalnej szczelinie przez „127 godzin”. Wiem jednak co się stało z osobą, która przeżyła szok termiczny lądując w Warszawie. Pisze teraz wpis na bloga.

Ps. W tym wpisie starałem się nie pisać o kolarstwie. Zresztą po 10 dniach pisania mam już tego trochę dosyć. Jeśli kogoś interesuje kto wygrał, kto przegrał, a kto zremisował, zapraszam na stronę pro-cycling.org.

niedziela, 30 stycznia 2011

Przełomy...

Zacznijmy od zaległego zdjęcia. Jest to prawdopodobnie jedno z ostatnich zdjęć ślubnych na blogu. Fala wesel powoli przechodzi bokiem. Jeśli jednak zrobię kolejne przechylone zdjęcie tortu, nie omieszkam go tu umieścić. Mery i Dams są małżeństwem już ponad 4 miesiące. Rok 2010 ślubem podsumowali również Kasia z Grzesiem. Jeszcze raz wszystkiego dobrego na tej nowej drodze życia. Skoro wesela już za nami, prawdopodobnie teraz na blogu częściej będą się pojawiać bejbiki. Nowy rok od bobasa rozpoczęła Ilona. Na fotce mała Hania, mówiąca światu "Jestem!!!". Jednym słowem rok 2010 zakończył się pomyślnie, a rozpoczął jeszcze lepiej. Ja przywitałam go z trzydziestoosobową ekipą w Kirach obok Zakopanego. Muszę przyznać, że było to "all inclusive". Był spacer górami, narty, imprezki, poker i gorące źródła, wszystko czego potrzeba, żeby podsumować wyjazd jako bardzo udany. Jakoś tak się złożyło, że trzymałam kasę podczas tego wyjazdu, więc tym bardziej Janek się ucieszył, gdy wygrał sobie 80 zł w pokera. O północy puszczalismy lampiony do nieba i paliliśmy zimne ognie.
Mówi się, że taki jaki Nowy Rok, taki cały rok (albo to chodziło o wigilie?!) Większość osób miało prawdopodobnie tego dnia nieznośny ból głowy, co źle rokuje na resztę 2011. My byliśmy wymoczyć nasze pupki w wodach termalnych, co oznacza, że cały 2011 upłynie mi na byczeniu się w wannie.
Generalnie styczeń bywa ponury i przypadają na niego te wszystkie depresyjne dni, o których pisałam dokładnie rok temu. Na zimową depresję polecam np. kontakt z Olgą z ostatniej fotki- córkę dumnych rodziców Ani i Wojtka. Od razu jakoś na duszy weselej po kontakcie z takim małym ludzikiem. Na ponurą pogodę dobre są również opowieści z dalekiej podróży, ale to pozostawię już mojemu bratu...

p.s. acha, na koniec polecam bloga Zguby o modzie www.lovestylethings.pinger.pl

sobota, 25 grudnia 2010

Świątecznie...

W tym roku jakoś nie miałam weny. Kartki świąteczne, które miałam wysłać do Stanów, dalej leżą w mojej torebce. Nie przyszedł mi też do głowy żaden fajny sms-owy wierszyk świąteczny, który mogłabym wysłać. No ale na blogu już wypada coś zamieścić. Bez wymówek. No dobra, szału nie ma, ale piernik jest. Tadaaa...
Generalnie w tym roku moje Święta są inne niż dotąd. To pierwsze święta jako instytucja społeczna, wiążąca osoby emocjonalnie, ekonomicznie i prawnie- czyli jako małżeństwo. Nie oznacza to jednak (na szczęście), że od dziś pichcę wigilię dla naszej dwuosobowej rodziny, na to jeszcze przyjdzie pora. Oznacza to, że w tym roku miałam szansę zakosztować potraw ze stołu obu mam. Ponieważ w obu domach kultowane są inne potrawy, nie było monotonnie. Miły był ten wigilijny maraton. Zaczął się o 16.00, skończył 24 potrawy później... Za niecodzienny wigilijny akcent uważam grę planszową Ben10 (matki 5 latków będą wiedziały o co chodzi), w którą graliśmy z Tosią. Muszę przyznać, że klasycznie nas w nią pokonała. Nie znaliśmy niestety wszystkich postaci z bajki, więc to trochę ograniczało nasze możliwości wygranej. Z kolei Tosia wykazała się znajomością astronomii, co w tej grze również jest istotne.

Pytanie: Czy Słońce jest planetą?
Tosia: Nie.
My: Super Tosiu, a czym jest?
Tosia: To takie "coś" wypełnione latarkami, świetlikami i latarniami.

No, ale w grze liczyło się pytanie zasadnicze, a nie dodatkowe.

Bardzo udana była też wigilia Technomexu, którą mieliśmy 18.12.2010. Mam trochę zdjęć, ale żadne nie nadaje się na opublikowanie.
Z kolei 17.12.2010, mój mąż miał swoje 30-te urodziny. Większość mężczyzn, robi w tym dniu rachunek sumienia i bilans zysków i strat. U Janka podobno wyszedł na plus. Minimalnie przeważyło posiadanie dobrej (odpukać) pracy.
Posiadanie żony, na szczęście zrównoważył telewizor;)

No nic, tyle ode mnie świątecznie. Życzę wszystkim dużo systematyczności, której mi tak brakuje.

English

This year, somehow I did not have much of an inspiration. Christmas cards, that I was supposed to send to the United States, still lies in my purse. I also did not come out with any cool Christmas sms, that I could send out. But I need to post something on the blog. No excuses.
Well, it is not crazy-awesome, but it is something... My own gingerbread tree.
Tadaaa ...


This year, my Christmas is different than it used to. This is the first Christmas as a social institution, of two people connected emotionally, economically and legally-I mean as a marriage. Luckily it doesn't mean that from now I have to cook Christmas dinner for our two-person family. This means that this year I had a chance to taste the dishes from the tables of both Moms. They are different, in both houses,so it was not monotonous. This was a nice Christmas marathon. It began at 4 p.m. and finished 24 dishes later ...
The unusual Christmas accent, was a game "Ben10" (mothers of 5 year-old will know, what is it), which we played with Tosia.
I must admit, that she beat the crap out of us. We did not know all the characters from this cartoon, so it has limited our ability to win.
Tosia knew also a lot of facts from the astronomy, which was also very important .

Question: Is the Sun a planet?
Tosia: No.
We: Great, and what is it?
Tosia: This is "something" filled with flashlights, lanterns and lightning bugs.

We also had a very nice Christamas party at Technomex on 12/18/2010. I have some photos, but none of them are good enough to post them.
On 17.12.2010 my husband had his 30th birthday. Most of men summarizing 30 years of their life on that day. Janek did that too. I guess the overall collation, went pretty good. He has a job, tv and... yes... the wife.

Anyhow I wish you all, a lot of regularity, which I just don't have...

poniedziałek, 22 listopada 2010

Powiem wprost: halloween i inne niespodzianki...

Za nim powiem o 3 niezwykłych rzeczach, które się wczoraj wydarzyły, pozwólcie, że przyozdobię tę straszącą pustką stronę internetu, w niemniej straszliwe zdjęcia.
Ogólnie wiadomo, że jestem ciągle zamerykanizowana a little bit, chociaż nie podoba mi się, że budują mi McDonalda pod domem i straciłam już swój "Tap Madl" akcent. Wciąż jednak bardzo chętnie biorę udział w wydarzeniach, które pachną krajem 50 Stanów. Wprawdzie minęło już parę tygodni od imprezy (klasyczny poślizg, charakteryzujący mojego bloga i klasyfikujący go w kategorii miesięczników) to jednak z przyjemnością umieszczę tu zdjęcia, rodem z dobrych horrorów klasy B. Sprawcą całego zamieszania była Monika z Piotrkiem. Kto nie wie, temu już piszę, że poznali się w USA, więc myślę, że jak mało kto, nadają się do organizowania Halloween Party, znając tamtejsze zwyczaje. Z resztą znajomość tematu była widoczna w szczegółach. Sztuczna pajęczyna na firanie, czarny obrus, mroczny świecznik itp., a także genialne dynie, dodały wszystkiemu profesjonalnego Halloweenowego uroku. Brakowały nam tylko dzieciaków przychodzących po cukierki, ale myślę, że da się to nadrobić w przyszłym roku. Jeśli nie, to myślę, że sami się przejdziemy w naszych strojach po osiedlu, więc strzeżcie się i już zbierajcie kasztanki i Kinder Bueno. A propos strojów, hmmm, myślę, że goście dopisali. Z resztą wystarczy spojrzeć na drugą fotografię. Do zdjęć najlepiej pozował Janek, ani razu nie mrugnął ;) Jedynie Jadzia miała pewne obawy co do noża, który niebezpiecznie dyndał nad jej głową. Jednak zdjęciem wieczoru jest oczywiście fotka nr 3. Dla osób o słabych nerwach proponuję zasłonić ją jakąś reklamą Google. Generalnie impreza była super. Uspokajam, nikt nie ucierpiał, mimo zabaw z nożem, jedynie ja prawie nie dostałam zawału, gdy Janek pierwszy raz "zaprezentował" mi swój strój.

Wracając jednak do trzech niezwykłych rzeczy... Wczoraj na świat przyszła Małgosia. Waży 4 kg i mierzy 59 cm. Rodzice - Bogusia i Marcin - są bardzo dumni. Trzymałam mocno kciuki za Bogusię i bardzo się cieszę, że jak to ona sama mówiła, nie jest już 2 w 1 i , że wszystko poszło super.

Wczoraj też kupiłam gazetę WPROST. W zasadzie normalnie nigdy jej nie kupuję, ale ten numer musiałam mieć. Nie chodzi o to, że jest w nim super artykuł o Lady Gadze i zaręczynach księcia Williama, ale o to, że pierwszy raz pojawiło się tam pod artykułem imię i nazwisko mojego brata. Mówiłam już, że mój blog to dla niego za niskie progi. Jak kraść to miliony, jak pisać to we WPROŚCIE. Na razie jest tam na stażu, ale myślę, że Tomasz Lis, oszołomiony jego talentem da mu jakąś szansę na sukces;) Wtedy na pewno nie będzie mnie stać na kolejną część "Z punktu widzenia brata"...

Wczoraj byłam też z Jankiem na sushi w naszym ulubionym sushi barze - Sakana. Jak zwykle jedzenie było przepyszne, a sushi masterzy dawali popis swoich umiejętności i poczucia humoru. Uśmiałam się jak dawno, a potem zjadłam m.in. maki z super ostrymi papryczkami w ramach zakładu.
Boże, jak człowiekowi smakuje potem woda. W drodze do domu powiedziałam Jankowi, że mam jakąś nieodpartą ochotę na szampana, tego samego którego piliśmy w ramach zaręczyn (Martini, szara etykietka na butelce). Myślałam nawet o tym, żeby może podjechać po niego do jakiegoś sklepu, ale stwierdziłam, że nie będę przesadzać, w końcu było już dość późno.
...Kiedyś na sto dni mojej znajomości z Jankiem, dostałam od niego sto tulipanów. Mój tata śmiał się wtedy, że jeśli miałby dać mamie tyle tulipanów ile dni ją zna, to musiałby przyjechać dwoma wagonami z Holandii... Wyobraźcie sobie moją minę, gdy wczoraj wróciłam do domu i zobaczyłam na stole wazon z tulipanami ( w środku jesieni???) no i to co było już całkiem dziwne... Szampana Martini (oczywiście z szarą etykietką - czasami sama siebie przerażam.) W każdym razie wczoraj stuknęło nam 100 dni małżeństwa!!! Niby nic, a jak miło jest świętować taką okazję. Stosując jednostkę mojego taty, życzę Ci Janku, wagonów tulipanów ze mną!!! :)

p.s. This was all Yesterday - and today Marc has his birthday - Happy Birthday Marc!!!

English version coming...

niedziela, 17 października 2010

Z punktu widzenia żony cz.3

Za oknem październik, a ja nie dokończyłam jeszcze naszej portugalskiej historii. Wisienką na torcie opowieści "z punktu widzenia żony" niech będą nasze zdjęcia z Portimao -turystycznej miejscowości na południu Portugalii. Generalnie mówiąc tydzień spędzony na plażowaniu to coś co pozwala wrócić do szarej rzeczywistości z naładowanymi bateriami i przetrwać do kolejnych wakacji. Oprócz wygrzewania się, była też mała wycieczka, na której podziwialiśmy przepiękne skały i niesamowity zachód słońca. Ja generalnie jestem wielką fanką przyrody. ale przyroda chyba nie jest moja fanką. Podczas pstrykania fotek na tle formacji skalnych, zaatakował mnie... rój os. Nie był to pierwszy raz w moim życiu. Za każdym razem nierozważnie stawiam stopę w samym środku ich gniazda. Wkurzone, że ktoś wchodzi w ich życie z butami, dają mi popalić. Mój odruch to na ogół chęć wskoczenia do wody. Dobrze jednak, że tym razem udało mi się go powstrzymać, bo woda była 10 metrów w dół między skałami. Wieczorem dotarliśmy na przepiękny przylądek, Cabo de São Vicente, skąd oglądaliśmy zachód słońca w HD. Na niewielkim skalistym zboczu usadowiło się trochę osób, wszyscy obserwowali zachód, a Bartek pozował do ekstremalnych zdjęć.
Innym razem ubraliśmy się po raz kolejny (już chyba ostatni) w nasze weselne wdzianka i poszliśmy na plażę. Kolejny piękny zachód słońca sprzyjał udanej sesji. Na zdjęciach między innymi, wodujący Państwo Młodzi. Potem Magda i Bartek wystąpili w swoich kreacjach, no i mamy sporo zdjęć, które teraz oglądamy z łezką w oku.
I tak jestem już mężatką ponad dwa miesiące.

Małżeństwo...hmmm na razie...polecam;)


English Version

I’m looking thru the window, it’s raining, no wonder it’s October ,but let me finish our sunny Portuguese history. I think the cherry on top, will be our pictures from Portimao-resort town in southern Portugal. Generally speaking, a week that we spent on just sunbathing and swimming in the Atlantic , had reset our bodies and minds. It also gives You energy to go back to the reality. Kind of charge your batteries. We also had a little trip, where we admired the spectacular cliffs and stunning sunsets. I am a great fan of nature, but I guess nature is probably not a fan of mine. While snapping photos, the swarm of wasps attacked me. It was not the first time in my life. I unwisely put the foot in the middle of their nest. They were very upset, that someone all of a sudden came into their lives. I wanted to jump into the water. Luckily I did not, the water was 10 feet down , surrounded by the rocks. In the evening we reached the beautiful Cape, Cabo de Sao Vicente, where we watched the sunset in HD. We sat on a small rocky hillside to watch it and Bartek posed for extreme photos.
Another time, we put on once again (probably last time) our wedding costumes and went to the beach. Another beautiful sunset was perfect, to have a great wedding session. Then Magda and Bartek were starring in their own creations.

And so I am already married for over two months.
Marriage ... hmmm so far... I guess can recommend;)

czwartek, 30 września 2010

Aż dziwię się...

... że nikt wcześniej nie zauważył, że brakuje tak ważnej rzeczy...

I'm surprised, that nobody noticed till now, that "Rotated-Wedding-Cake"
picture is missing...

piątek, 17 września 2010

Z punktu widzenia żony cz.2


Najpierw coś więcej o samej Lizbonie. Zupełnie zapomniałam napisać, że bardzo podobało mi się... Betlejem. Spokojnie, dalej piszę na temat, a tych którzy myśleli, że przegapili lekcje religii, w ramach, której Jezus urodził się w Portugalii, uspokajam, jedna z dzielnic Lizbony nazywa się Belem, czyli po naszemu Betlejem. Na zdjęciu po lewej Klasztor Hieronimitów, a na kolejnym wieża Torre de Belem - czyli strażnica Lizbońskiego portu wybudowana przez Manuela I Szczęśliwego. Mniej zadowoleni byli Ci, którzy trafiali do niej w czasach, kiedy zaczęła pełnić funkcję wiezienia. Jak już pisałam wcześniej, byliśmy również w oceanarium. Generalnie moim ulubionym zwierzęciem zawsze był pingwin (dlatego mam tapetę Linuksa na komputerze w pracy), ale tym razem wydra wygrała ze wszystkimi innymi stworzeniami. Nie była jej w stanie przebić nawet płaszczka, której numerem popisowym było zakopanie się w piasku. Dawno nie widziałam stworzenia, które chętniej pozowałoby do zdjęć niż ja. Powiedziałabym nawet, że też miała wyćwiczony uśmiech numer 5. Jednym z gwoździ programu pobytu w Lizbonie było Muzeum Azulejos ("Muzeum Kafelek" brzmi zbyt trywialnie). Portugalczycy przez wieki obkafelkowali swój kraj, a w muzeum można podpatrzeć najlepsze dzieła. Między innymi znajduje się tam coś na kształt Panoramy Racławickiej, tylko, że z płytek ceramicznych. W Lizbonie spędziliśmy 5 fantastycznych dni, zwiedzając, degustując, imprezując. Wszystko co dobre, szybko się kończy, więc nadszedł również i dzień opuszczenia hotelu "Residencial Florescente", by wyruszyć w nasz mały road trip do Porto, zahaczając o Fatimę. Cóż, myślę, że jeśli porównam Fatimę do Częstochowy, wielu przyzna mi rację, ale między polskim miejscem kultu a portugalskim, są pewne różnice. Portugalczycy mają bardzo interesujące zwyczaje, czy wręcz rytuały. Jednym z nich jest palenie woskowych części ciała w wielkim fatimskim piecu (można je kupić na stoiskach ze świecącymi Maryjami i Benedyktem XVI zmieniającym twarz w zależności od kąta patrzenia na obraz.) Topienie woskowych organów, służy podziękowaniu lub proszeniu o uzdrowienie nerki, serca, wątroby, nogi itp. Jeżeli działa, to czemu nie. Drugi "egzotyczny" dla nas zwyczaj to dojście do kaplicy i jej okrążanie "na klęczkach" (ochraniacze na kolana, również do kupienia na stoiskach). Mimo, iż obiecywałam, że jak zdam Kliniczne Podstawy Fizjoterapii, to pójdę na klęczącym grochu do Częstochowy, to jednak nigdy tego nie zrobiłam i szczerze mówiąc nie znam nikogo, kto faktycznie na klęczkach maszerowałby na Jasną Górę. Znam natomiast wielu, którzy chętnie napiliby się Porto w Porto. My również należymy do tej grupy, a także do fanklubu wielbicieli mostów, których w Porto nie brakowało. Najdłuższy jest oczywiście w Lizbonie - 17,2 km, ale te w Porto były jakoś łatwiej dostępne i jeszcze bardziej architektonicznie genialne. Z resztą dzieci portugalskie upatrzyły sobie jeden z nich, jako niezłą i dość sporą skocznię do rzeki. Dla nas pobyt w tym mieście mostów i wina był dość krótki, ale zdążyliśmy m.in. wejść na wieżę, z której widać było panoramę miasta, dojść na drugi brzeg rzeki na lampkę porto oraz zrobić genialne nocne zdjęcie miasta (taken by Bartek). O poranku, ruszyliśmy na południe Portugalii, mając w planach wspominany już koniec świata, a później wymarzoną plażę w Portimao. W następnym odcinku, formacje skalne, zachód słońca w HD i zdjęcia Państwa Poświata w falach Atlantyku...


English Version

In everyone’s life, there are some crucial moments, you might even say - milestones. I remember in January 2008, I wrote on a blog that small changes are coming up. I was thinking about moving to a new apartment. But this time, I can honestly say, that August

2010 brought big changes. A wedding was perfectly described by my brother, (unfortunately in polish) On that special day you really feel the support from your family and friends. Especially, when there are a lot of storm clouds on the sky. Some people say that rain on Your wedding day is because of all the girls, who are crying for the groom.

Luckily it had stopped raining, just before the wedding ceremony. It was a good sign, I started to smile and this smile hadn’t left my face, till morning, when I saw the sunrise and went to bed. After that long introduction, I just want to say thanks again to everyone who remembered. But let’s smoothly move to the best part of getting married – Honeymoon.

Q: Where the Groom should take his newly wedded wife?
A: To the end of the world!


Yes! Or just to the end of Europe, but for the Portuguese Capo da Roca was the end of the world in times, when they were just to about discover new lands.

Our adventure began in the heart of the country - Lisbon. The first day we tasted the local specialties. Unfortunately we did not know, that the appetizer does not go with Your meal, and that the roll with a slice of ham will cost us 15 Euros. It turned o
ut, that our hotel was in the center of everything, and it was very easy to discover all the flavor of Lisbon. During the day we were sightseeing and in the evening we were visiting Bairo Alto neighborhood, where all the parties are going on. My favorite thing in Lisbon, was the monastery or actually just its walls, which are left after a major earthquake. You can sit between the walls and look at the blue sky. Really impressing.

Second best was a beautiful castle and a star of Aquarium – wonderful Otter.

I also liked ... Bethlehem. Those who thought they missed the lessons of religion, in which Jesus was born in Portugal, calm down, one of the

districts of Lisbon is called Belem, which means Bethlehem. The Jeronimos Monastery, which we visited first, was splendid. Then we’ve seen the tower Torre de Belem - that guard the port of Lisbon. It was built by Manuel I Happy. Less happy were those, who were sent to it, at the time it began to be a prison.
As I have written before, we were also in the aquarium. Overall, my favorite animal has always been a penguin (at work I have the Linux penguin as my wallpaper on my computer), but this time the otter won with all other creatures. No one w
as able to compete with it, even the stingray, which could buried in the sand. I have not seen any other creature, that would like to pose to photos, like this otter.

One of the high spots of the stay in Lisbon was “Azulejos Museum” (the name "Museum of the Tile" is too trivial.) Portuguese for centuries were putting the tiles everywhere, so the hole country is full of Azulejos. The museum have the piece of the best work.

We spent five fantastic days exploring, tasting and partying in Lisbon.
But all good things come to an end , so the day, when we had to leave this beautiful city also came. We went on our little road trip to Porto, visiting Fatima on our way. The Portuguese have very interesting habits and rituals. One of them is burning body parts made out of wax in the great Fatima oven (you can buy them at the stands) This ritual is to thank or ask for healthy kidneys, heart, liver , feet, etc. If it works, why not. The second "exotic" habit is going on your knees to the chapel (knee pads, also available for purchase at stands.)
When we reached Porto, we had a glass of... Porto there. For us, staying in th
e city of bridges and the wine was quite short, but we managed to visit the tower, where you could admire the city skyline and to walk across the river at night to make a brilliant picture of the city (Taken by Bartek). In the morning, we went to the south of Portugal, to Portimao. So next time , let me tell You about rock formations, sunset pictures and Bride in the waves of the Atlantic ...

środa, 15 września 2010

Z punktu widzenia żony cz.1

W życiu człowieka są pewne momenty przełomowe, można by rzec kamienie milowe. Zdarzają się co kilka lat. Pamiętam jak w styczniu 2008 roku napisałam na blogu, że szykują się małe zmiany. Miałam wtedy na myśli przeprowadzkę do nowego mieszkania. Tym razem mogę śmiało powiedzieć, że sierpień 2010 roku przyniósł wielkie zmiany. Ślub i wesele znakomicie opisał mój brat, ale tylko Panna Młoda zna to wszystko od kuchni. W takim dniu naprawdę odczuwa się bliskość i życzliwość rodziny i przyjaciół. Szczególnie gdy człowiek wpatruje się cały poranek w burzowe chmury. Ma nadzieje, że nagle ujawni w sobie super-moc przeganiającą wszystkich Cumulo Nimbusów, a tu przychodzą sms-y, że to na szczęście, i że panny płaczą za panem młodym i, że na pewno rozjaśni się jak będzie leciał ryż. A potem po kolei dołączają wszystkie ważne osoby, z przyszłym mężem na czele i uśmiech nie schodzi już z twarzy, aż do rana, gdy przez okna restauracji (na 6 piętrze) widać wschód słońca. Długo by było opowiadać, z resztą wielu was to czeka, gdy będę się rozwodzić nad każdym zdjęciem z wesela. Koniec końców ten długi wstęp ma na celu podziękowanie wszystkim za to, że byli oraz złożenie mojemu mężowi życzeń z okazji naszej miesięcznicy.
Generalnie oprócz radości związanej z weselem, para młoda ma za sobą wiele pracy, po której należy odpocząć, żeby się nie pozabijać na nowej drodze życia. I tak płynnie przechodzimy do... podróży poślubnej.
Q: Gdzie Pan Młody powinien zabrać swoją świeżo poślubioną małżonkę?
A: Na koniec świata!
Bingo! Konkretnie koniec Europy, ale dla Portugalczyków przylądek Capo da Roca był końcem świata, gdy wyruszali na swoje podboje. Janek już raczej na żadne podboje nie wyruszy, ale myślę że ze mną w życiu nudzić się nie będzie.
Nasza portugalska przygoda rozpoczęła się w sercu kraju - Lizbonie. Pierwszego dnia wyruszyliśmy na miasto poznać jego urok i zakosztować miejscowych specjałów. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że przystawki nie są za darmo, i że za bułkę z plasterkiem szynki zapłacimy 15 euro. Okazało się, że mieszkamy w centrum wszystkiego i bardzo łatwo jest odkryć wszystkie lizbońskie smaczki. W ciągu dnia robiliśmy piesze wycieczki, a wieczorem odwiedzaliśmy dzielnicę Bairo Alto, gdzie na wąskich uliczkach imprezuje stolica. Najbardziej w Lizbonie podobał mi się, klasztor, z którego po wielkim trzęsieniu ziemi zostały wysokie ściany. Można usiąść między murami i spojrzeć w błękitne niebo. Niezwykłe wrażenie. Second best to przepiękny zamek i gwiazdeczka oceanarium w Lizbonie- showmeńska Wydra.
To tyle na dziś, bo późno jakoś się zrobiło.
W kolejnej odsłonie trochę więcej o atrakcjach Lizbony, jak smakuje Porto w Porto i dlaczego pali się woskowe stopy w Fatimie...