6 godzin opalania i oglądania amerykańskich nastolatek, potem jazda na rowerze, popołudnie wśród niezliczonej ilości pizzy, a wieczorem finałowe mecze NBA. Właśnie tak spędziłem ostatnie 2 tygodnie w Wisconsin Dells i wcale nie musiałem wypełniać żadnych formularzy, nagrywać krótkiego filmiku i rywalizować z 34 tysiącami kandydatów. Raczej 150 000 australijskich dolarów za to nie dostanę, ale nurkować i pisać bloga mogę.
Jeśli chodzi o tą pierwszą część dnia, to uważni i stali czytelnicy wiedzą o co chodzi. Postoję trochę tu, trochę sobie gdzieś posiedzę, trochę sobie pogwiżdżę gwizdkiem, trochę sobie poratuję ludzi, ponaklejam plastrów, cały czas uważając by równo się opalić. Chociaż nie, nie mogę tak pisać. Mam znacznie więcej obowiązków. W końcu jeśli dosłownie przetłumaczyć z angielska moją funkcję na basenie, to jestem obrońcą życia. Brzmi dumnie!
Część rowerowa, w porównaniu z poprzednimi amerykańskimi wakacjami, jest zdecydowanie przyjemniejsza. W tym roku zaopatrzyłem się w aluminiowego Gianta i jestem z pewnością jedynym studentem z Work and Travel, który ma osprzęt Acera. Jestem też chyba jedynym Europejczykiem, który przed wyjazdem do Stanów kiedykolwiek jeździł na rowerze. Cała reszta ma siodełko na takiej wysokości, że kolanami biją się po twarzy, jeżdżą pod prąd, a przerzutki zmieniają tylko przez przypadek, gdy gwałtownie zjadą z krawężnika. Nie byłbym sobą, gdybym nie próbował z każdym się ścigać, na każdym podjeździe. Nie mają szans, ale przez moją ambicję przyjeżdżam do pracy spocony, jak Małysz przed swoim pierwszym wywiadem telewizyjnym.
O tym, by pracować w pizzerii po cichu myślałem przed pierwszym wyjazdem. Wtedy się nie udało, nie udało się też 2 lata temu, ale nie zaszkodziło spróbować po raz trzeci. Ostatnia szansa, żeby była sztuka. Początkowo miałem już zaklepaną pracę w Denny’sie, restauracji, która 3 lata temu zniszczyła mi psychikę, pozostawiła blizny po oparzeniach od gotowanych ziemniaków w proszku i zmieniła moje podejście do bekonu i jajecznicy. Na szczęście tuż przed pierwszym dniem w pracy, zadzwonili do mnie z jednej z najlepszych pizzerii w mieście (wiem, 2700 ludzi to nie miasto, ale my, w Ameryce lubimy wszystko wyolbrzymiać) - Pizza Pub. Myślę sobię: pewnie zaimponowało im moje doświadczenie z Sundary i umiejętność pisania tutejszych „siódemek”. Bez ogonka na tej ukośnej kresce. Później jednak dała mi do myślenia wypowiedź pani manager – „wybraliśmy Cię, bo jesteś znajomym Stefana”. Stefan, to bułgarski kelner, który pracuje w tej pizzerii od dłuższego czasu. Nigdy wcześniej gościa na oczy nie widziałem, ale nie przeszkadzało mi specjalnie ich zamieszanie w papierach.
Przed rozpoczęciem pizzernianej misji, musiałem odrzucić ofertę Denny’sa. Menago trochę się wkurzył, ale ja miałem satysfakcję. Nie dlatego, że rezygnując mogłem się trochę odpłacić za wszelkie traumatyczne przeżycia, ale dlatego, że czułem się przez chwilę jak Franck Ribery, o którego bije się pół piłkarskiej Europy (swoją drogą ciekawe, że europejczyk ma w USA 3 ofert pracy. W czasach kryzysu).
Mam już za sobą kilka dni jako kelner. Mój pierwszy rachunek opiewał na 23 dolary i 45 centów. Nie można sobie wyobrazić lepszego początku. Na dodatek, jak zanosiłem paragon uświadomiłem sobie, że stolik ma numer 203. Przypadek? Debiutancki dzień zakończyłem obsługując sympatyczny stolik z 3 nastolatkami i ich matką (albo ciocią, nieważne). Po kilku minutach chciały ze mną jechać do Polski, cały czas prosiły o dolewkę wody, mimo, że nie chciało im się pić, a na koniec pochwaliły mnie u pani szefowej. Tak im zaimponowałem, że następnego dnia wróciły…
Wiem, trochę przykozaczyłem w ostatnich kilku zdaniach, dlatego teraz napisze wersję dla tych, którzy nie lubią czytać jak ktoś się chwali. Przyszły 4 baby, po kilku sekundach rozmowy chciały wykupić miejsca w samolocie, którym miałem lecieć do Polski, tylko po to, żebym nie mógł usiąść przy oknie. Cały czas prosiły mnie o wodę, żebym nie miał czasu dla innych klientów i przez to stracił napiwki. Potem poszły marudzić u szefa. Następnego dnia to samo…
Reasumując. Rano na basenie, potem 2 godzinki wolnego, które w lipcu mam w planie przeznaczyć na oglądanie Tour de France. Od 17 (lub jak my w Ameryce wolimy, od 5 pi em) pracuję w Pizza Pub i w domu jestem przeważnie koło 22. Na razie udało mi się raz zagrać z Amerykańcami w kosza. Moja drużyna wygrała, pomimo tego, że u przeciwników był Murzyn. I nie miał nadwagi, ani astmy.
PS. Żeby się koleżanka z blogowej redakcji nie zdziwiła jeśli chodzi o zdjęcia. Nie wiem, czy pamiętasz, ale Pizza Pub jest na przeciwko Marley'sa, a tam co środę jest Swimsuit contest :)
czwartek, 25 czerwca 2009
wtorek, 16 czerwca 2009
Sikorka w Gołębiu, żurek w chlebie i bikini w Wiśle...
Podczas gdy mój brat stoi po jednej stronie barykady, ja jestem po drugiej. On upomina w parku wodnym, w którym pracuje jako ratownik, wszystkich tych, którzy biegają, jeżdżą głową w dół na zjeżdżalniach i odpowiada na kretyńskie pytania. Zresztą zdążył się już przekonać, że Amerykanie mają do nich wybitny talent. Ja w ostatni weekend biegałam, zjeżdżałam i zadawałam kretyńskie pytania ratownikom w Gołębiewskim.Tym razem nie musiałam interweniować w sprawie cieknącego kranu lub widoku na garaże. Z
pokoju widać było dwa baseny i góry. Po prostu jak na wypasionych wakacjach. Chociaż trzeba przyznać, że chyba się starzejemy, bo zamiast na imprezy techno, to nas ciągnie do groty solnej lub do tężni na szachy. Wieczorkiem najlepiej lody, ale płonące (odrobina szaleństwa;)), na co czujniki pożarowe lekko zadrżały z trwogi. Generalnie atrakcją wyjazdu był wielki lejek, żurek w chlebie i konkurs miss bikini. Jeśli chodzi o pierwsze, to do lejka wpada się rurą, a potem to już jest tzw. freestyle. Jak ci się uda to w najlepszym wypadku spadasz głową w dół. Jeśli nie, to jesteś atrakcją obserwujących, którzy obstawiają czy wpadniesz w panikę, czy jak śliwka w lejek. Jeśli chodzi o żurek w chlebie, to robi się żurek i robi się chleb. Następnie robi się dziurę w chlebie i wlewa żurek. Jak ktoś jest głodny, to zjada również ten nietypowy talerz. Jeśli nie, to ma nadzieje, że jakiś konik go zjada, bo to w końcu bardzo dobry chleb. Opowieść o żurku w chlebie , zrobiła rodzicom smaka, więc dorzucam jeszcze fotkę coby się zrobiło jeszcze smaczniej. Niezłym kąskiem dla oka męskiej części publiczności w Wiśle, były panny w bikini. Wygrała babeczka z Zabrza w różowym bikini, chociaż faceci kibicowali numerowi 16cie, English
My brother right now is dealing with tourists from all over, who are visiting the Polynesian water park. Probably everyday he is getting the same questions and has to repeat "no running","no running". And I'm doing exactly the opposite. I run, ask stupid question and have a lot of fun in water park. We have spent our last weekend in nice hotel in Wisła- village in the Beskid Mountains. Although I think we are getting old. Instead of going on a huge parties, we were relaxing in salt chamber and play chess. The things worth mentioned are: hurricane slide, sour rye soup in a bread and bikini contest. Crazy and delicious:) Unfortunable we also had a dark moment. Janek had a littlesobota, 6 czerwca 2009
Z bratowego punktu widzenia - cz. "nie pamiętam, niech będzie 9."
Zarówno Michael Jordan, jak i Lance Armstrong zrobili sobie przerwy w swoich karierach i obaj dobrze na tym wyszli. Wysoki murzyn po przygodzie z baseballem zdobył 3 tytułu mistrzowskie, a białas w obcisłym i żółtym po wymuszonym chorobą odpoczynku, siedem razy wygrywał Tour de France. Nie byłbym sobą, gdybym na siłę nie starał się z nimi porównywać. Mogę, więc powiedzieć, że tak jak oni, tak i ja wracam „do gry”, jadąc po 2 letniej przerwie do Stanów.
Nie wiem co w moim przypadku będzie mistrzostwem NBA, albo triumfem na Polach Elizejskich. Być może 7 razy z rzędu uratuje tego samego kretyna, albo 3 razy uda mi się donieść jedzenie na czas, przynosząc ostatni talerz równo z zamknięciem lokalu (kumacie? Zamknięcie lokalu – syrena kończąca mecz). A może po prostu uda mi się zorganizować fajne wakacje?
Jak na razie nie mogę myśleć o swoim wypoczynku, bo postanowiłem, że najpierw muszę pomóc Ameryce w ciężkich czasach! Jak dotąd wsparłem politykę socjalną, dając 5 dolarów jakiemuś bezdomnemu za kartkę pocztową. Wsparłem małe i średnie przedsiębiorstwa, kupując sok pomarańczowy w spożywczym. Pośrednio pomogłem też w uzdrowieniu polityki fiskalnej, gdyż do soku dopłaciłem podatek, całe 7 centów. Ociepliłem też stosunki amerykańsko-islamskie, mówiąc jakiemuś Ahmedowi na ulicy „Hi”. Wieczorem zajrzałem do Internetu, czy coś pomogło. I rzeczywiście. Indeksy giełdowe lekko wzrosły, a Obama ciepło wypowiedział się na temat muzułmanów w Kairze. Pani z ekonomii powiedziała mi przed wylotem, że jeśli uda mi się przywrócić gospodarkę amerykańską na drogę wzrostu, to dostanę dodatkowy punkt na kolokwium. Pół oceny wyżej się chyba szykuje!
W sumie przez kilka pierwszych akapitów pisałem o pierdołach, z których nie wiele wynika. Spróbuje, więc w skrócie opisać jak tak naprawdę wyglądały moje pierwsze 3 dni w tym kapitalistycznym kraju. Szczególnie ten pierwszy dzień był bogaty w wrażenia, bo trwał jakieś 31 godzin. Oglądałem fiordy w Norwegii, szwedzką IKEĘ, gejzery w Islandii, kry na Atlantyku, pingwiny na Grendlandii, kanadyjską tajgę i Wielkie Jeziora Północnoamerykańskie. Tak przynajmniej by wynikało z tego, co pokazywali na monitorze w samolocie. Ale nie wiem, czy wierzyć temu oprogramowaniu, który określa lokalizację samolotu. W końcu cały system był brazylijski…
Po dotarciu do Chicago, pierwszym kęsie amerykańskiej pizzy w domu wspaniałych gospodarzy, Ewy, Hudsona i Gucia, stoczyłem zażartą walkę z samym sobą, żeby jak najszybciej zasnąć. Niestety przegrałem i rano obudziłem się przed 5., z 5 godzinami snu na koncie. Przydałoby się więcej, jeśli planuje się piesze zwiedzanie jednego z największych miast Ameryki. Samo Chicago już mi się trochę znudziło. Kilka wieżowców, jezioro i dużo Murzynów. Prawie jak na Tysiącleciu …podczas zjazdu Murzynów. Tak naprawdę czekałem na wieczór i pierwszy mecz tegorocznych finałów NBA – Los Angeles Lakers vs Orlando Magic. W dzisiejszych czasach oglądanie amerykańskiej koszykówki na 50-calowym ekranie w jakość HD, powinno w hierarchii wartości mężczyzny wyprzeć sadzenie drzewa. Obraz był tak wyraźny, że po meczu chciałem iść pogratulować Kobe Bryantowi dobrego występu (40 punktów, 8 zbiórek i 8 asyst).
Następnego dnia czekała mnie podróż do Wisconsin Dells. Nie za bardzo cieszyłem się na myśl spędzenia 5 godzin w jednym autobusie z mormonami, wyrzutkami społeczeństwa, czy studentami z Europy. Na szczęście siostra Ania, wysłała mi smsem trochę swojego farta i z „Wietrznego miasta” do „Stolicy parków wodnych Ameryki” zabrali mnie państwo Playmanowie, którzy w Chicago bywają raz na kilka lat. Akurat to „raz na kilka lat” wypadło 5 czerwca.
Tak oto dochodzimy do momentu, w którym piszę te słowa… dom, siedzisko, przełącznik, zakałapućkać. Siedzę w domu, który przeszedł i nadal przechodzi poważną renowację i znacznie odbiega od tego, jak wyglądał 2 lata temu. Na szczęście nie zmienił się telewizor. Cały czas jest duży i ma 452 kanałów…
Engish version sponsored by Google Translator
Since I don't have time and energy to translate what I wrote above, I'm lettin google translete it for me.
Both Michael Jordan and Lance Armstrong and take a break in their careers and both of them well on the left. High adventure blackamoor after he won 3 of the baseball championship title, and in Białas obcisłym yellow and disease forced the rest, winning seven times Tour de France. I would not have if I did not try to force them to compare. I can, so to say that, as they are, and I go back "to the game." Coming to the States.
I do not know what will be the case in my mastery NBA, or the triumph of the field Elizejskich. Maybe 7 times in a row, save the same idiot, or 3 times I can reach the food on time, with the last plate equal to the closure of premises (kumacie? Closure of premises - horn ending the game). Or maybe just to me to organize a successful fun holiday?
... and so on...it was just a stupid joke. I'm not gonna put the whole thing up here :)
Nie wiem co w moim przypadku będzie mistrzostwem NBA, albo triumfem na Polach Elizejskich. Być może 7 razy z rzędu uratuje tego samego kretyna, albo 3 razy uda mi się donieść jedzenie na czas, przynosząc ostatni talerz równo z zamknięciem lokalu (kumacie? Zamknięcie lokalu – syrena kończąca mecz). A może po prostu uda mi się zorganizować fajne wakacje?
Jak na razie nie mogę myśleć o swoim wypoczynku, bo postanowiłem, że najpierw muszę pomóc Ameryce w ciężkich czasach! Jak dotąd wsparłem politykę socjalną, dając 5 dolarów jakiemuś bezdomnemu za kartkę pocztową. Wsparłem małe i średnie przedsiębiorstwa, kupując sok pomarańczowy w spożywczym. Pośrednio pomogłem też w uzdrowieniu polityki fiskalnej, gdyż do soku dopłaciłem podatek, całe 7 centów. Ociepliłem też stosunki amerykańsko-islamskie, mówiąc jakiemuś Ahmedowi na ulicy „Hi”. Wieczorem zajrzałem do Internetu, czy coś pomogło. I rzeczywiście. Indeksy giełdowe lekko wzrosły, a Obama ciepło wypowiedział się na temat muzułmanów w Kairze. Pani z ekonomii powiedziała mi przed wylotem, że jeśli uda mi się przywrócić gospodarkę amerykańską na drogę wzrostu, to dostanę dodatkowy punkt na kolokwium. Pół oceny wyżej się chyba szykuje!
W sumie przez kilka pierwszych akapitów pisałem o pierdołach, z których nie wiele wynika. Spróbuje, więc w skrócie opisać jak tak naprawdę wyglądały moje pierwsze 3 dni w tym kapitalistycznym kraju. Szczególnie ten pierwszy dzień był bogaty w wrażenia, bo trwał jakieś 31 godzin. Oglądałem fiordy w Norwegii, szwedzką IKEĘ, gejzery w Islandii, kry na Atlantyku, pingwiny na Grendlandii, kanadyjską tajgę i Wielkie Jeziora Północnoamerykańskie. Tak przynajmniej by wynikało z tego, co pokazywali na monitorze w samolocie. Ale nie wiem, czy wierzyć temu oprogramowaniu, który określa lokalizację samolotu. W końcu cały system był brazylijski…
Po dotarciu do Chicago, pierwszym kęsie amerykańskiej pizzy w domu wspaniałych gospodarzy, Ewy, Hudsona i Gucia, stoczyłem zażartą walkę z samym sobą, żeby jak najszybciej zasnąć. Niestety przegrałem i rano obudziłem się przed 5., z 5 godzinami snu na koncie. Przydałoby się więcej, jeśli planuje się piesze zwiedzanie jednego z największych miast Ameryki. Samo Chicago już mi się trochę znudziło. Kilka wieżowców, jezioro i dużo Murzynów. Prawie jak na Tysiącleciu …podczas zjazdu Murzynów. Tak naprawdę czekałem na wieczór i pierwszy mecz tegorocznych finałów NBA – Los Angeles Lakers vs Orlando Magic. W dzisiejszych czasach oglądanie amerykańskiej koszykówki na 50-calowym ekranie w jakość HD, powinno w hierarchii wartości mężczyzny wyprzeć sadzenie drzewa. Obraz był tak wyraźny, że po meczu chciałem iść pogratulować Kobe Bryantowi dobrego występu (40 punktów, 8 zbiórek i 8 asyst).
Następnego dnia czekała mnie podróż do Wisconsin Dells. Nie za bardzo cieszyłem się na myśl spędzenia 5 godzin w jednym autobusie z mormonami, wyrzutkami społeczeństwa, czy studentami z Europy. Na szczęście siostra Ania, wysłała mi smsem trochę swojego farta i z „Wietrznego miasta” do „Stolicy parków wodnych Ameryki” zabrali mnie państwo Playmanowie, którzy w Chicago bywają raz na kilka lat. Akurat to „raz na kilka lat” wypadło 5 czerwca.
Tak oto dochodzimy do momentu, w którym piszę te słowa… dom, siedzisko, przełącznik, zakałapućkać. Siedzę w domu, który przeszedł i nadal przechodzi poważną renowację i znacznie odbiega od tego, jak wyglądał 2 lata temu. Na szczęście nie zmienił się telewizor. Cały czas jest duży i ma 452 kanałów…
Engish version sponsored by Google Translator
Since I don't have time and energy to translate what I wrote above, I'm lettin google translete it for me.
Both Michael Jordan and Lance Armstrong and take a break in their careers and both of them well on the left. High adventure blackamoor after he won 3 of the baseball championship title, and in Białas obcisłym yellow and disease forced the rest, winning seven times Tour de France. I would not have if I did not try to force them to compare. I can, so to say that, as they are, and I go back "to the game." Coming to the States.
I do not know what will be the case in my mastery NBA, or the triumph of the field Elizejskich. Maybe 7 times in a row, save the same idiot, or 3 times I can reach the food on time, with the last plate equal to the closure of premises (kumacie? Closure of premises - horn ending the game). Or maybe just to me to organize a successful fun holiday?
... and so on...it was just a stupid joke. I'm not gonna put the whole thing up here :)
środa, 3 czerwca 2009
No i Sikorek wyfrunął...

Ano tak, wyfrunął za Wielką Wodę. Tym razem beze mnie. Obiecał, że będzie zdawał raporty na blogu. Z resztą jak ogólnie wiadomo, ma tutaj swoich wiernych fanów, którzy czekają, aż powróci z nowymi, błyskotliwymi felietonami. Wyleciał z Pyrzowic, gdzie go ostro przetrzepali, widocznie wygląda na małego terrorystę. Międzylądowanie w Warszawie, a stamtąd do Chicago. Na razie mamy cynk, że dotarł cały i zdrowy. Zmiana czasu, nie pozwala mu spać i ,że już ruszył na podbój miasta. O utracie walizek też nic nie wiemy, więc zakładam, że szczoteczka do zębów w bagażu podręcznym tym razem, się nie przydała. No nic, trzymam kciuki za jego Amerykańską przygodę i pozdrawiam wszystkich , którzy już ułatwili mu tam tegoroczny start i tych, których już niedługo spotka na swojej drodze (...lub którą spotka na swojej drodze;) )
English
So, it's officially. America beware! My little
brother is coming:) Yesterday he took a plane to Chicago and right now he is probably doing some shopping Downtown Chicago or just getting rid of jet lag. Hopefully he will report, what's new and exciting, writing sth here on my blog.He actually has some big fans, who still remember his awesome stories, while we were visiting US, two years ago. Anyhow, I think those from this year will be even more exciting and even I will be waiting for an update of my blog:) Of course big thanks to all, who will help him starting up in USA. Greetings to Ewa, Hudson, Gucio, Lisa, Marc, Carly, Jeremy and so on, and so on.
To bad I won't be there this Year, but hopefully You can keep my brother updated on what's up in Your life and he will send the message to the world.
Keeping my fingers crossed for all the adventures and for all the girls, who will meet Adam on his trip;)...
poniedziałek, 11 maja 2009
42 195 m, ponad 60 km i siniaki od włażenia przez okno...
Z czystym sumieniem można określić, że prowadzę bloga jak porządny student. Najpierw długo długo nic, a potem przychodzi ten moment kiedy trzeba naraz wszystko powtórzyć. Na szczęście materiał, który ostatnio przerabiałam można określić jako a) przyjemny b) sportowy.
Zacznijmy, więc z grubej rury - MARATON.
Przez ostatni rok mój brat pieczołowicie przygotowywał się do Cracovia Marathon, żeby poprawić swój rekord sprzed roku, kiedy to źle przeliczył siły na zamiary i nie był zadowolony z rezultatu. W tym roku jako doświadczony maratończyk, wiedział już, że na nic zda sie hojraczenie trzeba mieć plan. Po pierwsze wóz techniczny, po drugie fanklub i porządny posiłek po wysiłku. Te wszystkie elementy załatwi firma Siostra S.A. (Sikora Anna). Już na starcie było dużo lepiej niż w
zeszłym roku, bo numer startowy spasował. Wiadomo, że obsesja Adasia na punkcie 23, dorównuje lub wręcz przewyższa moją fascynację 27. Wystarczy wyciąć zera z numerku i voila! (włala):) Ja w tzw. międzyczasie trochę się poopalałam,pospacerowałam, poobijałam i 3 godziny 25 min i 51 sekund minęły jak z bicza strzelił. Rekord poprawiony o ponad 20 minut i brat zadowolony. Spokojnie można iść nawet na najbardziej wypasioną i kaloryczna pizze, po takiej 42 195 m przebieżce.
Pełna szacunku dla wyczynu brata, tydzień później wybrałam się na wyprawę Zwardoń - Korbielów górami w dwa dni. Tzn. jak się "zapisywałam" to jeszcze za bardzo nie wiedziałam na co. Ale wrodzony upór barana, nie pozwala zawrócić w połowie drogi, ani polec, pozwala najwyżej na leczenie zakwasów przez tydzień i podążanie za przywódcą. W tym przypadku była to dzielna Katarzyna Z. (na zdjęciu) Za jej krokami i mapą podążała reszta ekipy. I tak ze Zwardonia wspięliśmy się na Wielka Raczę.
Pod koniec już wymiękałam, ale w dół mijały mnie wycieczki emerytów, które przepełniała duma widząc nas, że "młodzież chodzi po górach", że po prostu nie wypadało paść i płakać. Do tego dochodziło myślenie, że skoro oni schodzą w tak dobrej formie znaczy, że szczyt już blisko. Na wielkiej Raczy żureczek i kanapki made by Kasia R i pełni energii ruszyliśmy w kierunku Rycerzowej (czerwona wypełniona kropka na pierwszej mapie). Tam mieliśmy rozbić namioty. Perspektywa snu była bardzo kusząca, należało więc przeprowadzić krótki dialog z nogami i ruszyć ku miejscu przeznaczenia.
Rycerzowa przywitała nas pięknym zachodem słońca i w miarę prostą trawą pod namioty. Następnego dnia rano coś zaczęło uderzać o namiot. Moja wyobraźnia podsunęła mi obraz porannego złodzieja, który chce pozbawić nas butów stojących koło namiotu. Okazało sie jednak, że to po prostu...grad. Czyżby to koniec pięknej majowej pogody. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Rozprostowując kości po wczesno porannym przymrozku i wbijaniu się biodra w czasie snu w ziemię (podobno przypadłość dotyczy tylko kobiet) udaliśmy się na śniadanko do schroniska. Wrzątek na herbatkę oraz zimna woda do mycia zębów i nic więcej w życiu nie trzeba. Dalej trasa prowadziła, żółtym szlakiem przez Soblówkę (gdzie można było uzupełnić zapasy), aż na Krawców Wierch. Tutaj małe Dejavu, bo schronisko jest identyczne jak na Rycerzowej, tylko stoły przestawili;) Zupki
chińskie, czekoladka i cel, żeby jeszcze dzisiaj zasnąć w chatce na Górowej. Im dalej w kierunku Pilska, tym więcej śniegu i błotka, ale ekipa która mijała nas po tej nawierzchni na rowerach udowodniła, że nie taka trasa straszna jak ja malują. Pod wieczór dotarliśmy do schroniska na Miziowej, coś do picia w kulturalnych warunkachi i już pod osłoną nocy do chatki. Tu już normalnie, po górskiemu, kanapeczki i integracja z inny wielbicielami braku elektryczności i bieżącej wody, ale solidnego dachu nad głową.
Tu gdzie mamy puste czerwone kółeczko na mapie stoi dumnie chatka. Następnego dnia rzeczką na PKS (puste żółte kółeczko), potem sprintem do pociągu i w domku, gdzie miękki materac, ciepła woda i pstryczek elektryczek wydają się nagle czymś niezwykłym.To tyle jeśli chodzi o długi weekend majowy. Dużo tych mapek wyszło, miała być jedna, ale się nie zmieściła. Generalnie chodzi o to, że było dużo łażenia;)
Po powrocie czekał na mnie pokaz sztucznych ogni nad Parkiem Chorzowskim. Jeśli Janek dobrze rozegrałby sytuacje, gotowabym uwierzyć, że to na moją cześć po tak wielkim wyczynie;)
Jak się okazuje, maj stał
się miesiącem surwiwalowych przeżyć, bo do wyprawy górskiej dorzucę jeszcze jedną historyjkę. Otóż w minioną sobotę, dane mi było wdziać mundur i stanąc w szeregu paintbalowców. Pole do gry FOREST CAMP, ma na swoim stanie nie tylko wdzianka, ale i markery, kulki, Co2, no i piękny opuszczony budynek z naszpikowanym - oponami, okopami i innymi cudami na kiju - przedpolem. Walka była zacięta. Dwie drużyny, krótkie gry i strategia/napażanka. Po
każdej grze, wszyscy pokazywali sobie rany wojenne i z podnieceniem w głosie opowiadali jak to tam, ten z zza rogu, a ten z góry i poten ona tam przeszła, a on wtedy ją zobaczył, a tamten strzelił z dachu,a on wtedy był już w środku itd.:) W środku dnia rozlużniający grill, bo przecież kiedyś trzeba zasiąść do wspólnego stołu i rozpocząć negocjacje. Kiełbaska i dyplomacja chyba jednak na nic się nie zdały, bo już po przerwie z nową energią ruszyliśmy na zdobywanie siniaków. Fajna ta gra i dużo emocji, ale jeszcze przez tydzień ludzie będą z politowaniem patrzeć na moje kolana, zsiniaczone od desantu przez okno:)English Version
Maybe not that detailed, as above, but with
better pictures:)Let me just tell You that I have a brother, who can run marathons, friends who can walk forever and boyfriend, who takes me to the war;) And I could actually finish with this sentence, cause it explains all pics above;) Anyhow, starting from the very beginning. Adam took part in Cracovia Marathon, having a really good result and the best suporting team ever- me:) I was his driver, cheerleader and food supplier:) So thanks to his hardwork and my good job, he improved his personal record. He defeated 42 195 m distance, within 3 hours 25 min 51 sec. I was so proud:)
So if he could handle this, I decided to try beating some of my personal records too. I went for a trip with my friends and we walked through the mountains. We started in the place called Zwardon and finished near to Korbielów , over 60 km during two days. It was amazing and exhausting, but I was proud of myself too. Polish mountains
are beutiful, just take a look at this awesome sunset:) On another pic You can see the extream team. Afert I got back home, we had some fireworks going on, next to our house. If Janek would told me, that they are especially for me, I bet I would belive. Afterall coming from this kind of trip, was an occasion to celebrate:)Last but not least, was our Paintball Saturday. We went to this place called FOREST CAMP, where You have this perfectly prepared field for a paintball game, with a building and all other fortification, that You can hide behind, while playing. In the middle of the day, we had a barbeque and after that battle again:)
I had a lot of fun and now I have a lot of bruises. But if You wanna fight You gotta fight hard;)
niedziela, 12 kwietnia 2009
Rower, narty i widelec na Gubałówkę...
Nie wiem właściwie od czego zacząć. Może na początek najpierw złożę wszystkim życzenia cudownych Świąt Wielkanocnych. Niech z pisanek w tym roku wyklują się Sikorki i życzą wam wszystkiego naj naj naj:)Do życzeń dorzucam największe zające Lind jakie widziałam:)
To tyle słodyczy z mojej strony, a teraz wróćmy do faktów.
Hmmm, na czym to ja skończyłam. Acha, ostatni post był o tym, że jest zima i trzeba jeżdzić na nartach póki się da. No więc, okazuje się, że jak jest wiosna to też się da, tylko trzeba trochę więcej pokombinować.

Ale zacznijmy od początku, a mianowicie od tego, że jestem już zaopatrzona również na zupełny brak śniegu. W tym roku na urodziny dostałam najpiękniejszy na świecie rower. To pewnie również zadośćuczynienie za komunię, bo wtedy dostałam łańcuszki i bombonierki, a nie rower;) Po za tym to chyba największy prezent jaki kiedykolwiek odpakowywałam. Janek wprawdzie nie wytrzymał i uchylił mi trochę rąbka tajemnicy, ale do końca utrzymywał, że jest srebrno pomarańczowy. No, cóż, pewnie też bym na nim jeździła, ale jak ogólnie wiadomo, kobiety zwracają uwagę tylko i wyłącznie na kolor, więc nawet hamulce tarczowe, nie są w stanie zastąpić pięknej niebieskiej barwy. No, więc mamy już patent na zupełny brak śniegu, piękną pogodą i bardzo dodatnie temperatury.
Jak się porządnie wczuję w klimat, to może Adaś napisze kiedyś o mnie na swojej stronie o kolarstwie;) No dobra, poniosło mnie, bo w końcu jedna Merida, kolarza nie czyni, ale będę sie starać. Na razie to jestem raczej jak narciarz zjeżdżający na atomicach z górki koło placu szkolnego. Dostałam jeszcze dużo różnych fajowych geszenków, których niestety nie mam na zdjeciu, ale jak już wrócę z tego zabiegu w czekoladowym Spa, to sobie zrobie fotkę, obiecuję;)Teraz wróćmy do tego sposobu na narty w temperaturze +18 st.
Przepis jest taki. Bierzesz sprzęt narciarski i nie patrzysz w oczy osobom, które mijają Cię na osiedlu w krótkich rękawkach. Wsiadasz do autka i jedziesz do Białki Tatrzańskiej. Wynajmujesz pokój, idziesz na Kotelnicę i tam hulaj dusza śniegu 1 metr. Jeździsz rano, kiedy śnieg jest jeszcze w miarę, potem kiedy w południe zaczyna być jak lody wyciągniete z zamrażalnika na godzinę, idziesz sie opalać, a potem wracasz i jeździsz do oporu, np. do 22.00. Razem z pozostałą 10 ambitnych narciarzy, korzystasz z 6 wyciagów krzesełkowych. Żyć nie umierać.Masz tylko jedną misję specjalną. Janek chce obejrzeć wyścig Formuły 1. Cała Białka ma cyfrę plus, a na cyfrze nie ma Polsatu. Co robisz???

Czy: a) prosisz gospodarza, żeby znalazł RAI Uno lub RTL na Cyfrze b) wyciągasz kabel ze ściany podłączasz go do widelca i ustawiasz na Gubałówkę czy c) załatwiasz Polsat w restauracji Bania w ramach przerwy między śniadaniem a obiadem. Odpowiedź: wszystkie powyższe, a działa tylko c).
W poniedziałek, po sezonie skoczyliśmy sobie na wycieczkę na Kasprowy Wierch, gdzie o tej porze jest jeszcze z 2,5 metra śniegu.
Spokojnie można zaliczyć to do metod na wiosnę narciarską. Kolejek brak, pogoda piękna, emocje gwarantowane. Z resztą na fotkach widać , że raczej tłumów nie ma. Mieliśmy w prawdzie małe załamanie pogody, które sprawiło, że czułam się jak na wyprawie na Mt. Blanca, ale potem wyszło słońce. Najlepszym sposobem na odpoczynek po nartkach jest gorąca kąpiel. Z której nawet mam zdjęcia, hehe. Spokojnie, mogę je pokazać przed godziną 23.00, bo nie była to byle jaka kąpiel, ale moczenie się w gorących źródłach Orawicy. Rzut beretem od Zakopanego, jeśli oczywiście ktoś rzuca 15 km. Ot, taki ten nasz wyjazd rekreacyjny. Jednym słowem, nie taka wiosna straszna na narty, jak ją malują.Jeszcze raz wszystkiego wiosennego i radosnego z okazji Świąt Wielkiej Nocy. Może jeszcze na deser, dorzucę zająca Wielkanocnego z "Pensjonatu u Chramca":)
English
First of all I wish You joy, happiness and everything awesome during the Ester Time. On the very first pic (not this one on the left) You can see the bigest Lind Easter Bunny I ever seen. Exept that as my sweet gift for You;)Lately it was a lot going on. March is the month of me having my Birthday. So I had a lot of guest and awesome gifts. One of the nices and the bigest ones, was this beutiful blue bike. You can see my face. It looks like a "Kid in the Candy Store" face. Of course my bike is a great piece of work, but for me as a real women, the color is the most important thing. Janek told me that it's gonna be silver-orange. Of course I would ride on it, but the fact that it's ocean blue, will make my ride so much better;)
The other thing, that was lately going on, was my "closing the ski season" trip. It was at the beggining of April, so the weather was more like spring/summer then winter. But I got
my ways. You just need to go to this little winter village, called Bialka, where they have still at least 1 meter of snow and just enjoy the ski during the spring time. Then You go to Zakopane and enjoy the afterseason. No lines, no crowd just beutiful weather, amazing views and 2,5 meters of snow. After all of that, You can just relax in Slovakia, in thermal water, which are around 10 miles from Zakopane. Anyhow it was all really relaxing and was hard to get back to work.
So ones again wishing You all Happy Easter and enjoy Your spring time as good as You can:)
środa, 25 marca 2009
A w kraju Zima rules...
Nie ma co siedzieć, jak tyle jest jeszcze do zobaczenia. Czasu mi na to wszystko braknie, albo przynajmniej zimy. W związku z powyższym należy jak najszybciej wybrać się znowu na narty, bo mimo, że wiosna wali drzwiami i oknami do Szwajcarii, to do Polski jeszcze jej daleko. Dlatego, jak tylko przyjechałam, wzięłam buty, narty i kijki na wycieczkę do Korbielowa. Wprawdzie był to jednodniowy wyjazd, ale zawsze wyjazd. Wróciłam ze Switzerlandu w sobotę pod wieczór, więc żadna siła nie była w stanie mnie rano w niedziele wcześnie wyciagnąć z łóżka. W związku z czym wyciąg na Pilsko zobaczył mnie dopiero o godzinie 13.00. Z resztą kto lubi stać w kolejce, to zapraszam rano, a kto lubi jeździć, to taka pora jest idealna. Niedzielni narciarze schodzą już powoli do swoich aut, żeby jeszcze się chwilę wybyczyć w domu wieczorem, a urlopowicze zmierzają na upragniony obiadek. Na szczycie Pilska było mgliście i wietrznie, więc po pokonaniu wszystkich orczyków na szczyt, zjechaliśmy na sam dół, gdzie było trochę spokojniej, by tam delektować się zjazdami na śnieg i życie. Nauczeni doświadczeniem
wypożyczyliśmy kaski. Jak zwykle się przydały, bo chyba ze 3 razy, przy zamykaniu krzesełka, przywaliłam pałąkiem w głowę;) Na pierwszym zdjęciu - "Ania w kasku czyli mrówka Zet".Potem chwila relaksu w chatce, przy kominku, żurku, herbatce i chlebie ze smalcem, oczywiście nie spuszczając wzroku z nart wbitych w śnieg za oknem. Najgorsze było to, że tak jak na początku przeszkadzała nam mgła, wiatr, muldy, to potem z minuty na minutę byliśmy mniej marudni i zabawa zaczynała wciągać coraz bardziej. "Kto pierwszy przy tamtych drzewach" i "Nie masz ze mną szans" i coraz trudniej było pożegnać się ze stokiem, ale nic to, jutro do pracy, więc trza zrobić ostatni wdech świeżego zimowego powietrza i do domu. Po ostatnich prognozach mówiących, że jednak 21 marca nie oznacza wiosny, planuję kolejny wyjazd, bo zima daje mi ostatnią szansę na pełne wykorzystanie niebieskich atomików...
English
You can't sit at Your house, because the world is just to big and You won't have enough time to see it all. So just after the visit in Switzerland I went for a one day skiing. Of course after this exhausting week, nobody could get me out of the bed too early, so we got to our destination around 1 P.M. I know, You usually should be there really early, but let's put it that way, nobody likes to stand in line and when You are really late You don't have too:) Anyhow, we had enough time to ski, to whine about condition (wind, fog etc.), to enjoy the fireplace and good food, to stop whining about the condition , to start to race and to be sorry that we need to go home. But according to the latest weather forecast, the winter is back. So I have my very own last chance to be even sick of neverlasting winter or to really make the best use of my awesome blue Atomic pair of skis...
piątek, 20 marca 2009
Przygoda z Alpami i Lokomatem w tle c.d...

Pewnego dnia wstałyśmy rano, a tu taki widok z okna na Alpy, że hej.
Zrobiłam zdjęcie, trochę wykadrowałam i już wygląda jakbym miała 10 minut do Mont Blanca.
W rzeczywistości mam trochę dalej, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, co my tu robimy po za oglądaniem Alp:)
Po pierwsze jesteśmy na misji odkrycia szwajcarskich sekretów rehabilitacji na Lokomacie dla dzieci, będąc jak dwa szpiegi z krainy pierogów, a po drugie wybijamy im z głowy stereotypowe zdanie: "Jedź do Polski, Twój samochód już tam jest". To, że my mamy wyrobione zdanie, na temat Rosjan, że piją więcej niż my i, że każda Niemka ma na imię Helga, to nie znaczy, że Szwajcar w moim pobliżu ma się bać, że mu podprowadzę Lokomat...Chociaż, pewnie przy dobrej organizacji, byłoby to pewnie możliwe;)W każdym razie, pokonując wszystkie stereotypy, zaprzyjaźniliśmy się z terapeutami
pracującymi w klinice.Na zdjęciu od lewej Tabea, Angie, Ewa, Andreas i Ja. Dorzucam jeszcze fotkę Sabriny, rudowłosej Niemki.
I tak w kraju neutralności, stworzyliśmy bardzo udaną międzynarodową współpracę.
Dodatkowo, dla scalenia relacji międzyludzkich, na pożegnanie i aby najłatwiej trafić do serc, wykorzystaliśmy trasę przez żołądek. Na nasz ostatni dzień, własnoręcznie...kupiłyśmy ciasta. Udekorowałyśmy je marcepanowymi marchewkami i różyczkami. Do tego dorzuciliśmy ramkę ze wspólnym zdjęciem z Lokomatem... i jak tu nie lubić "tych dziewczyn z Polski":)
W tym miejscu jeszcze raz wielkie Danke sehr dla całej gromadki terapeutów za tak ciepłe przyjęcie. Jesteście bardzo mile widziani w Polsce, i dajcie nam szansę - przyjedźcie autem, zobaczymy co się stanie,a nuż wszystko będzie ok;)
English

One day we woke up and this what we see - awesome view on the Alps. So I took a picture, changed it a little bit in Photoshop and here you got-the pic like we would be 10 meters from Mont Blanc;) But, of course, we are not just here to sit and watch the Alps, we are here because...hmmm...eee...oh yeah right...to work and learn;) So let's just sumarize, what was this week all about. First of all we were on the mission to get to know, as much as we can, about the Swiss way of working with Pediatric Lokomat;) and also try to get rid of the sterotypes about polish. Hopefully we menaged this, even if we have our own stereotypes of other countries. But, enough of that, after all we are in neutral country.
Let me instead of that, put the pic of as all and one of Sabrina - the girl from Germany. Of course the best way of saying bye and getting to others hearts, is the way thru stomach. So on our last day, by our self...we bought the cakes:)Decorated them with carrots and roses and added a little "thank you" picture and hopefully, they will remember from now on that polish people are awesome and maybe try to take the car with, while going to visit them in Poland;)
P.S. Once again HUGE THANK YOU for everything to the KISPI team :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
