Mapa odwiedzin

niedziela, 4 października 2009

Z bratowego punktu widzenia

W ostatnich kilku tygodniach działo się tak wiele, że prawdopodobnie poniższy post będzie najdłuższym, jaki kiedykolwiek napiszę na tym blogu. Gdy skończycie to czytać Amerykanie nie będą pamiętać już o kryzysie, topniejące lodowce zatopią Holandię, a iPhone’y będą telefonami dla tych biednych. Śledzik nadal jednak będzie istniał.

Po zrealizowaniu części „Work”, został mi „& Travel”. Podczas „&” latałem samolotem z ojcem amerykańskiej rodziny. Ma on licencję pilota i raz na kilka miesięcy musi wykonać 3 starty i lądowania po zachodzie słońca. Nie mogłem odmówić takiej atrakcji, choć nie jestem specjalnym fanem latania. Czuję się w samolocie niezbyt pewnie, niczym analfabeta grający w Scrabble. Znacznie przyjemniej jest mi na ziemi, na rowerze na przykład. W tym roku wreszcie udało mi się zwiedzić „kolarską świątynię” w Waterloo, czyli siedzibę firmy Trek- producenta mojego i Lance’a Armstronga roweru. Raz w tygodniu organizowana jest wycieczka po fabryce, jednak nie wszystko z niej zrozumiałem, bo jak na angielskim przerabialiśmy słownictwo rowerowej inżynierii, to byłem chory. Mogłem się za to sfotografować z wszystkimi „maszynami”, na których Armstrong wygrywał swoje 7 wyścigów Tour de France.

W to lato postanowiłem sobie także, że wreszcie nauczę się zasad baseballu. Cel ten udało mi się zrealizować i od tamtej pory, strajk to dla mnie nie tylko protest pielęgniarek. Test ze znajomości zasad odbyłem nie byle gdzie, bo na stadionie Miller Park w Milwaukee, gdzie swoje mecze rozgrywa drużyna Milwaukee Brewers. Mieliśmy tak dobre miejsca, że nawet bez użycia zooma w aparacie byłem w stanie dojrzeć bliznę na nadgarstku największej gwiazdy Brewers, Prince’a Fieldera (swoją drogą zarabia on tak wielkie pieniądze, że już po zawiązaniu sznurówek na rozgrzewce zarobił więcej niż ja przez całe wakacje). Siedzieliśmy tak blisko, że przy odrobinie szczęścia mogłem zostać zabity przez wybitą piłkę, albo wypuszczony z rąk kij. Jak to w amerykańskich sportach bywa, jest bardzo wiele przerw na reklamy. Jeśli ogląda się mecz przed telewizorem, to te momenty są stratą czasu (oczywiście jeśli nie chce ci się sikać, albo nie masz nic w lodówce). Na stadionie właśnie wtedy dzieje się najwięcej. Między inningami (takimi baseballowymi setami) odbywają się wyścigi maskotek kiełbas (ostatnie miejsce zajął Polish Sausage), konkursy dla kibiców, czy pokazy sztucznych ogni. Po prawie 3 godzinach Brewers wygrali z Houston Astros 7:2, a Fielder pobił jeden z klubowych rekordów. Wybraliśmy dobry mecz.

Następnego dnia musiałem opuścić Wisconsin Dells i udać się do Chicago. Tam zaczynał się początek części „Travel”. Dwa dni spędziłem w mieście, w którym nikt nie wie, że jest też taka rzeka, Jordan. Potem wsiadłem do samolotu i dotarłem do …Seattle. Spokojnie, nie był to ostateczny cel mojej podróży. Po 6 godzinach czekania wsiadłem do kolejnego samolotu i tym razem wylądowałem w …San Francisco. Jednak to także nie był koniec. Za 50 minut miałem kolejny samolot. Czułem się jak w powietrznej wersji pociągu osobowego do Zwardonia. Cały czas się gdzieś zatrzymywałem. W sumie cała podróż trwała 18 godzin, aż w końcu miła pani stewardesa przywitała wszystkich serdecznym „Welcome to Honolulu - Hawaii”. Stolica stanu Hawaje i największe miasto na wyspie Oahu zrobiło na mnie piorunujące pierwsze wrażenie. Potem też drugie, trzecie, czwarte, itd.. W pierwszy dzień dochodziłem do siebie. Długi lot i 5 godzin różnicy czasu trochę poprzestawiały mi zegar biologiczny. Nastawiałem go na plaży i w oceanie oraz włócząc się po centrum Honolulu (gdzie był też usytuowany mój hotel). Wieczorem z amerykańskim sernikiem, który uważam za cud kulinarny, oglądałem zachód słońca na plaży Waikkiki. Następnego dnia wstałem z samego rana. Serio, było koło 6:30. Po śniadaniu wybrałem się do informacji turystycznej, gdzie kupiłem 3 wycieczki. Jeszcze tego samego dnia nurkowałem w Haunama Bay. Po południu, już na własną rękę odwiedziłem Pearl Harbor. Widać było na twarzach Japończyków, zwiedzających to miejsce, odrobinę zawstydzenia. Swoja drogą obecnie to dzięki nim Hawaje tak dobrze trzymają się finansowo. 90% przychodów tego stanu stanowi turystyka, a za połowę tej sumy odpowiedzialni są obywatel Kraju Kwitnącej Wiśni. Rodaków Tsubasy jest tam więcej niż samych Amerykanów. Traktują oni tę wyspę jak Polacy traktowali kiedyś Słowację, a Niemcy Polskę. Czyli jako jedno wielkie centrum handlowe, w którym wszystko jest tańsze. Wielu z nich organizuje tam wesela, gdyż sprowadzenie całej rodziny i organizacja całego przedsięwzięcia jest znacznie tańsza niż w Japonii.

Następnego dnia wyruszyłem w poszukiwanie Zagubionych. Wycieczka w Hummerze po dolinie Kaava, w której kręcili serial Lost, Jurassic Park i Pearl Harbor była genialna. Nie tylko z powodu tych filmów, ale też krajobrazu i samej jazdy terenowym samochodem. Nasz przewodnik i kierowca był wielkim fanem „Zagubionych”, więc była to dla niego praca marzeń. Dzień wcześniej, oprowadzając jedną z wycieczek natrafił na ekipę filmową i przez kilkadziesiąt minut mogli oglądać od kuchni jak kręci się jeden z najbardziej owianych tajemnicą seriali, w historii telewizji. Ja takiego szczęścia niestety nie miałem.

Jeszcze tego samego dnia wspinałem się na szczyt krateru Diamond Head. Amerykanie nie darzą go specjalną sympatią, bo asfaltowa droga do niego nie prowadzi i trzeba na niego wejść. Według jednego z przewodników Diamond Head jest dla Honolulu czymś, co Wieża Eiffla dla Paryża, Statua Wolności dla Nowego Jorku i wieża ciśnień kopalni „Szombierki” dla Bytomia. Z góry rozciąga się niesamowity widok na całe południowe wybrzeże Oahu, warte tych 45 minut spaceru w 40 stopniowym upale i niewychodzonych adidasach. Tuż obok krateru znajduje się studio filmowe, w którym akurat kręcono „Lostów”. Ochrona nie pozwoliła mi jednak zejść z chodnika i zbliżyć się do parkingu, więc nie musicie mnie szukać w jednym z odcinków 6. serii „Zagubionych”.

4. dnia pobytu w Honolulu wybrałem się na całodniową wycieczkę, tym razem do North Shore (Północny Brzeg). Znany jest on z najwyższych fal na świecie, jednak te naprawdę wysokie pojawiają się dopiero w zimie. To tam pobity został rekord surfowania na najwyższej fali, który wynosi 25 metrów (mierzony w hawajski sposób, od grzbietu fali do średniego poziomu wody). Swoją drogą surferzy to najbardziej wyluzowani ludzie, jakich spotkałem. Gdy cały świat drży na widok tsunami, oni idą posurfować. Po drodze na północne wybrzeże odwiedziliśmy świątynię buddyjską, półwysep, na którym nigdy nie pada deszcz, plażę, na którą wychodzą żółwie morskie i miejscowość surferską, która wygląda jak wyrwana z XIX wieku. Nawet McDonald’s jest stylizowany na ten okres.

Na niedzielę zaplanowałem wynajęcie roweru i 8-godzinną przejażdżkę. Już zapłaciłem za wypożyczenie, ubrałem swój kolarski strój, kupiłem batoniki energetyczne, wysmarowałem kark kremem do opalania i niestety wszystko to na nic. Roweru nie dostałem, bo nie miałem karty kredytowej. Musiałem zmienić program dnia. Na nowy plan nie mogłem jednak narzekać. Z rana udałem się na parasailing (spadochron przymocowany liną do motorówki), a po południu zwiedziłem dolinę Waimea. Raj dla miłośników fauny i flory oraz ponownie „Lostów” (to tam kręcono scenę z wodospadem). Kilka kilometrów od tego miejsca znajdowała się Police Beach, na której swój obóz mięli i wciąż mają bohaterowie „Zagubionych”. Jeden szałas wciąż tam stoi, a cały teren jest pilnowany przez 2 metrowego olbrzyma, któremu producenci serialu płacą tylko za to, że tam mieszka. Spotkałem go, gdy chodził po plaży z karabinem na kulki i polował na kraby. Później jednym mnie poczęstował. Przez chwilę czułem się jak prawdziwy rozbitek.
Przedostatniego dnia pojechałem na Kailua Beach, uważaną przez kilka magazynów za najpiękniejszą plażę na świecie. Nie będę się w tej kwestii sprzeczał. Wypożyczyłem tam kajak i później trochę tego żałowałem. Przy samym wejściu, przy wysokich falach, mocno się poobijałem. Przy wodowaniu pogubiłem wszystkie batoniki energetyczne i zamoczyłem aparat. Plastikowy worek Ziploc (ten taki zamykany, gdzieś znalazłem nazwę worek strunowy), bardzo mnie zawiódł. Po ok. 2 godzinach wiosłowania wyciągnąłem kajak na plażę, na jednej z małych wysp. Gdy wróciłem ze zwiadu, kajak dryfował w oceanie, na szczęścia zaraz przy brzegu. Przyszła jakaś większa fala i go zabrała. Po tym, gdy go wyłowiłem i chciałem na niego wejść, wysunął się spode mnie i odpłynął na kilka metrów. Byłem wtedy kilkanaście metrów od brzegu i nie mogłem dosięgnąć dna. Musiałem więc z wiosłem i sandałami w jednej ręce gonić w otwartym oceanie kajaku. Takich atrakcji nie oferuje żadne biuro turystyczne.

Ostatniego dnia pobytu w Honolulu, na kilka godzin przed wylotem zafundowałem sobie lekcję surfowania przy plaży Waikkiki. Całkiem dobrze mi szło, ale jeszcze trochę poczekam z pobijaniem rekordów na 26 metrowej fali. Gdy wracałem na brzeg dowiedziałem się, że w Indonezji mają potężne tsunami, które za kilka godzin może dotrzeć do Hawajów. Całe szczęście tego dnia wracałem.

Gdybym miał jeszcze środki, to z pewnością nie nudziłbym się przez kolejny tydzień. Hawaje okazały się wszystkim tym, czego się po nich spodziewałem, choć trochę się tego wyjazdu obawiałem. Gdy powiedziałem koledze z Pizzy Pubu, że jadę sam na Hawaje powiedział: Are you f****n crazy?! Teraz mogę powiedzieć, że nie mogłem podjąć lepszej decyzji. Nikt mi nie marudził, robiłem to co chciałem i kiedy chciałem. Przy okazji poznałem mnóstwo nowych ludzi – Szkota mieszkającego w Hiszpanii, Amerykankę, która z pochodzenia jest Polką i za 2 dni leci do Rabki, brytyjskie małżeństwo, które od kilkudziesięciu lat mieszka w Arizonie, dwie kuzynki z Nowego Jorku i Nowej Zelandii, czy studentów z Niemiec, Szwecji, Tajwanu, Grecji, których poznałem w autobusie wracając z Police Beach.

Jeszcze nie wiem, czy przyszłoroczne plany wakacyjne będą obejmowały wyjazd na Work & Travel. Wiem jednak, że na pewno kiedyś wrócę na Hawaje. Jest tam jeszcze kilka wysp do zwiedzenia. Na razie musi mi jednak wystarczyć widok z Rysianki, pływanie kajakiem w Pszczynce, jazda Fiatem Pandą po terenach gdzie kręcili „Świętą Wojnę” i surfowanie po Internecie. Aloha!

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Adam jestes niesamowity. A w dodatku to Twoje póro... Miodzio!
Właśnie tylko dziwi mnie to, że na te Hawja to sam pojechałeś i że się jeszcze żadnej nie dałeś. Adam no nie daj się prosić.