Mapa odwiedzin

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Z bratowego punktu widzenia

Tak się składa, że wszystkie moje wpisy na blogu powstały lub dotyczyły wydarzeń poza naszym kontynentem. I chyba zrobię z tego niepisaną zasadę (albo raczej pisaną, bo przed chwilą ją napisałem), bo tak będzie i tym razem. Jakimś cudem wylądowałem na Korsyce.

Pomysł na tą podróż pojawił stosunkowo późno, bo na 2 tygodnie przed wyjazdem, gdy Lance Armstrong potwierdził swój udział w wyścigu Criterium International. 3 etapy w 2 dni wokół korsykańskiej miejscowości Porto Vecchio z 7-krotnym zwycięzcą Tour de France. Tyle mi wystarczyło, żeby się przekonać do prawie 19 godzinnej podróży (autobus do Brukseli plus samolot do celu). Gdy tam dotarłem przekonałem się, że wszystko co mnie otacza jest przeciwieństwem Stanów Zjednoczonych. Czyli teoretycznie mi, amerykańskiemu nacjonaliście, nie powinno się tam podobać. Wszystko było małe. Domy były niskie, z kamienia i na dodatek trwałe. Drogi wąziutkie, a samochody nie większe od Matchboxów, żeby się na nich mieściły. Porcje w restauracjach były odpowiednie, ale chyba tylko dla anorektyczki, która w dodatku przed chwilą sobie coś przekąsiła. Tylko bagietki mieli olbrzymie.

Dodatkowo mało kto mówił po angielsku, faceci całowali się na powitanie, a telewizor w hotelu miał tylko 11 kanałów. Po bliższym poznaniu Porto Vecchio nie mogłem jednak narzekać. Ale nie oszukujmy się. Górski krajobraz, krystalicznie niebieska woda morska i pogoda, której nie powstydziłby się Tomasz Zubilewicz nie była w tym wszystkim najistotniejsza. Przyjechałem tu po to, żeby zobaczyć Armstronga w akcji i mogłoby to się odbyć w czasie burzy, w gangsterskim blokowisku, wokół rozlanego oleju silnikowego.

Na miejsce dotarłem w czwartek. W piątek pobiegałem po okolicach, odebrałem akredytację dziennikarską (wcale nie miałem zamiaru się bawić w dziennikarstwo na tym wyścigu, ale dzięki temu mogłem wchodzić w takie miejsca, które zwykły śmiertelnik mógł tylko sfotografować z daleka) i rozpocząłem polowanie. Na Armstronga. Wiedziałem w jakim śpi hotelu, wiedziałem kiedy wylądował na wyspie, wiedziałem jak wygląda. Miałem więc wszystkie elementy potrzebne kibicowi, albo mordercy na zlecenie.

Wyścig rozpoczął się w sobotę. O godzinie 9:47 nadeszła historyczna chwila kiedy po raz pierwszy raz w życiu zobaczyłem 7-krotnego triumfatora Tour de France. Co prawda widziałem Armstronga też w 2004 roku w Pradze, ale wtedy był tylko 6-krotnym triumfatorem Tour de France. Wbiłem się w tłum dziennikarzy (był mniejszy niż się można było spodziewać) z moim dyktafonem i udawałem, że pracuję. Później Amerykanin ruszył w trasę. Wcześniej udało mi się zorganizować transport na metę etapu. Poznałem dziennikarzy francuskiego L'Equipe (to ta gazeta jest odpowiedzialna za istnienie Tour de France), z którymi jeździłem w samochodzie za wyścigiem.

Kolejne spotkanie z Armstrongiem miało miejsce na mecie 1. etapu, na przełęczy Col de l'Ospedale. Teksańczyk nie miał najlepszego dnia i przyjechał daleko za zwycięzcą. Pomimo tego i tak na niego skierowane były wszystkie mikrofony, kamery i aparaty. Na Fedrigo, zwycięzcę etapu, czekała chyba tylko młodzież z kółka dziennikarskiego z Pałacu Młodzieży. Co prawda wszystko się działo na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i temperatura spadła niżej, niż okienko w kiosku, ale nie zaskoczę Was jak napiszę, że w ogóle mi to nie przeszkadzało.

Jeszcze tego samego dnia udało się przeprowadzić wywiad z Michałem Gołasiem, jednym z lepszych polskich kolarzy i jedynym Polakiem startującym na Korsyce. W wyścigu brał udział także Ryszard Kiełpiński, polski masażysta grupy RadioShack, czyli ekipy, w której jeździ Armstrong. Pan Kiełpiński jeździ za Lance'm po całym świecie i jest jednym z jego najbliższych współpracowników. Długo i sympatycznie sobie porozmawialiśmy. Niezwykle ciekawy człowiek, z jeszcze bardziej niezwykłą pracą. I uprzedzając Wasze pytania. Nie, nic mi nie załatwił. Żadnego spotkania z Armstrongiem, żadnego roweru, spoconych skarpetek, czy resztek ze śniadania kolarskiej legendy. I wcale mu nie mam tego za złe i się mu nie dziwię. Właśnie dzięki temu, że nie robi takich rzeczy, jest dziś tam gdzie jest i Armstrong darzy go takim zaufaniem. W niedzielę odbył się 2 etap. Poranny 75-kilometrowy ze startu wspólnego i popołudniowa czasówka. Z tego pierwszego nie mam specjalnych wspomnień. Odbył się i tyle. Wygrał jakiś Brytyjczyk, którego nazwisko nic Wam nie będzie mówić. Istotne rzeczy działy się po etapie.

W dzieciństwie często jeździłem do Hotelu Warszawa, czy innych miejsc, w których nocowali sportowcy przed meczami w Spodku lub na Stadionie Śląskim. A to Inter Mediolan, a to reprezentacja Polski w piłce nożnej lub siatkówce. Spędzałem wtedy całe dnie na zdobywaniu zdjęć i autografów. Uzbierałem wtedy niezbędne doświadczenie, które wykorzystałem 28 marca 2010 roku. Po 2 godzinach czekania, po 48 osobach, które wydawały mi się wyglądać zupełnie jak Armstrong udało się zrobić TO zdjęcie. W tym momencie mogłem uznać całą wyprawę za kompletną.

Po południu odbyła się jazda na czas. Armstrong ponownie nie wypadł rewelacyjnie, ale wszyscy się tego spodziewali. On ma być mocny dopiero w lipcu, na Tour de France, a do tej imprezy jest jeszcze dużo czasu. Po dekoracji zwycięzców pstryknąłem sobie jeszcze fotkę z kolejną, być może jeszcze większą gwiazdą kolarstwa. Bernhard Hinault 5 razy wygrywał francuski, 3-tygodniowy wyścig. Ma też na koncie wygrane w takich wyścigach jak Giro d'Italia i Vuelta a Espana - włoskim i hiszpańskim odpowiedniku Tour de France.

W niedzielę wieczorem Porto Vecchio opustoszało. Zdecydowana większość kolarzy wyjechała, a na miejscu zostali tylko organizatorzy i garstka dziennikarzy. Sami Francuzi i ja, jeden Polak. Zostałem zaproszony na kolację, na której byle ryba kosztowała tyle co koszt całego mojego wyjazdu. Po jej zamówieniu zacząłem planować kolejny udział w programie Work&Travel, żeby na nią zarobić. Później się okazało, że stawiają organizatorzy.

Ich Szczodrość się na tym nie skończyła. I dzięki nim będę mógł napisać kolejnego posta na blogu, gdyż zaoferowali mi wyjazd na Wyścig dookoła Turcji. Czyli w Azji, poza Europą.

Epilog:

Nie potrafiłem tego wpleść w powyższy wpis, ale żeby nie było niedomówień muszę dopisać, że w podróży powrotnej, w Brukseli, miałem 24-godziną przerwę na przesiadkę. Była więc znakomita okazja, żeby pozwiedzać stolicę Belgii i Unii Europejskiej. Dwupiętrowe autobusy oferują wycieczki po całym mieście i zawożą cię do najatrakcyjniejszych turystycznie miejsc. Pewnie, Parlament Europejski czy Pałac Królewski robią wrażenie, ale i tak najciekawszy był stadion Heysel i bieg po monumentalnym budynku sądu w poszukiwaniu ubikacji (pod niesamowitą presją korytarze wydają się dłuższe).

Po powrocie pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było wrzucenie zdjęcia na naszą-klasę. Nie dlatego żeby przyszpanować (no może trochę), ale żeby go nie stracić. Kartę mogę zgubić, komputer może wybuchnąć,a Internet trudno będzie mi zniszczyć. Niestety nie można wrzucać na portale społecznościowe plików mp3 (hmm, chyba podeślę ten pomysł do kierownictwa facebooka), a na moim dyktafonie/mp3 mam trochę wypowiedzi. Poza Gołasiem udało się pogadać z dyrektorem sportowym Armstronga, Johanem Bruyneelem i kolegą Armstronga z grupy, Chrisem Hornerem. Sam Armstrong też się tam znalazł. Co prawda pytania mu nie zadałem (z wrażenia migdałki usiadły mi chyba na strunach głosowych, albo płuca chciały wyjrzeć przez gardło co się dzieje i trochę je przyblokowały), ale jeszcze kiedyś ten moment nadejdzie. Trzeba w to wierzyć.

No i teraz mam przed sobą następny cel. Michaelu Jordanie szykuj się.

Brak komentarzy: